GRIMLORD
"Dolce Vita Sath-an as"
CD '09

Twórczość GRIMLORD mam okazję śledzić już od jakiegoś czasu. Tym razem przyszła kolej na "Dolce Vita Sath-an as", album przedstawiający dziewięć songów. Mając na uwadze poprzednie materiały oczekiwałem bardziej typowych dla heavy metalu kompozycji, to jednak ten album jest o wiele bardziej rozbudowany aranżacyjnie niż przypuszczałem. Prócz typowych pełnych energii heavy metalowych patentów (często podążających w stronę thrash metalowych rozwiązań) pojawia się wiele dodatkowych urozmaiceń pod postacią gitarowo-klawiszowych melodii i sampli wspieranych dynamiczną sekcją rytmiczną. Często wręcz utwory brzmią czysto instrumentalnie z mnóstwem wirtuozerskich solówek, gitarowych akordów, pasaży i klawiszowych akcentów (które chwilami przybliżają jakby baśniowy nastrój czy klimat muzyki dawnej). Jednak "Dolce Vita Sath-an as" nie jest pozbawiony partii wokalnych, aczkolwiek wygląda na to, że na dziewięć utworów, trzy zawierają wokalizy charakteryzujące się miejscami niewielką drapieżnością (czyli śpiew z tzw. chrypką). Album zawiera wiele rozwiązań tematycznych i rytmicznych. Jest bardzo melodyjny co jednak nie przeszkadza by tworzył dość mroczny klimat z dozą tajemniczości i melancholii. Podczas skupienia uwagi na gitarowych dźwiękach zacząłem zastanawiać się nad ich brzmieniem, które mogłoby być nieco lepsze…

GRIMLORD

Gnom

AB INTRA
"Aura Imaginalis"
Zoharum

Myslę, że godzina 03:00 nad ranem jest odpowiednią porą do zrecenzowania tego materiału, który został nadesłany przez Zoharum – wytwórnię parającą się m.in. wydawaniem elektronicznej muzyki z szeroko pojętego nurtu Ambient. Jak donosi info dodane do krążka jest on wydany w formie digipacku… Dźwięki zawarte na srebrnym dysku prezentują dark ambientalne i minimalistyczne klimaty będące syntezatorowymi kompozycjami ozdobionymi mnogą ilością przedziwnych sampli. Muzyka tworzy bardzo mroczne i zagadkowe obrazy pełne hipnotycznego transu, tajemniczej melancholii i zadumy. Chwilami klimat staje się dość zimny czy też futurystyczny. Dźwięki sprawiają wrażenie eksploracji nieznanych miejsc i przestrzeni… "Aura Imaginalis" to wrota do innych wymiarów... to podróż do wewnątrz czegoś co jeszcze niezbadane… to jakby podróż do R'lyeh…

ZOHARUM

Gnom

MENTALLY DERANGED
"ADHD"
demo '09

W Tarnowie się to to ukluło w głowach ludzi, co to generalnie przody maczali paluchy w band'ach o przeróżnej maści dźwiękowego przesłania. Azaliż i w kolejności chłopy parały się plumkaniem rock'a, hardcore'a, death metalu czy grind'u, a to co montują już jako MENTALLY DERANGED ma być wypadkową wcześniejszej ich dłubaniny. No i po części, zaprawdę powiadam, mają ludki rację mimo iż nie wszystko jest tu zauważalne powierzchownie. Trzon tego co się tu wyrabia, to bardzo solidne łupanie mocno oparte na hardcore'owej podstawie o solidnych, mocnych death metalowych naleciałościach, oraz przy ozdobnikach (zwłaszcza w sferze wokali) o zgoła jeszcze zupełnie innym zabarwieniu. Warsztat muzyczny chłopaków wyraźnie słychać, że do jakoś szczególnie mizernych raczej nie należy, co w dalszej części, a w zasadzie w efekcie, daje nam materiał całkiem fajnie pokręcony, dobrze zaaranżowany i z nie byle jakim pomysłem na granie. Wszycho tu bucy i cyka w należytym porządku, przez co rozwijanie tejże recki o dłuższe opisy poszczególnych instrumentów wydaje się być zbędne. Co zwróciło moją uwagę szczególnie pozytywnie, to partie niemal toczących ze sobą agresywne dialogi wokali, które to muzykanci z MENTALLY DERANGED uznając za stosowne, dodatkowo wzbogacili o polskojęzyczne teksty. Przyznam, zabieg całkiem udany, a band muzycznie zyskał w tym momencie dodatkowego, specyficznego kolorytu. A wracając jeszcze do samych wokaliz, to chłopy się nie oszczędzają w mocy i sile dartego ryja, upiększając wszystko growl'ingiem a nawet tonacjami ja bym to nazwał ździebko czystszej natury. Fachowa robota i to mnie ujmuje hie hie. Ogólnie, pewnie dałoby się autorów „ADHD” zestawić w gronie tych czy innych, bardziej znanych zespołów, ale pozwolę sobie ten temat ominąć, za to z przemożną chęcią wracając do tego krążka. Dobra pozycja na naszym podwórku!

Mirosław Kożuchowski; Ul. Romanowicza 36a/10; 33-100 Tarnów; Poland

- www.myspace.com/mentallyderangedsik

Skowron

PRAYING MANTIS
"Sanctuary"
Frontiers Records & SLW Promotions

PRAYING MANTIS to już wiekowa kapela, która wraz z takimi kapelami jak IRON MAIDEN, ANGEL WITCH czy DIAMOND HEAD tworzyła podwaliny pod rozwijającą się, pod koniec lat 70. XX wieku Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM). Zastanawiam się czy jestem aż takim ignorantem, że (aż wstyd przyznać) nigdy wcześniej nie słyszałem o tej kapeli, czy też być może wieści o PRAYING MANTIS omijały Polskę – w co wątpię. W każdym razie pora na nadrobienie zaległości i zapoznanie się z ich najnowszym albumem promowanym przez SLW Promotions. Tytuł albumu - "Sanctuary" brzmi bardzo swojsko i typowo dla NWOBHM. Jednak muzyka zawarta na krążku nieco odbiegła już od standardów NWOBHM… Nie da się ukryć, że korzenie tych 10 utworów tkwią w NWOBHM, słychać to wyraźnie, aczkolwiek kompozycje są bardziej delikatne. Wiele tam nostalgicznych gitarowych oraz wokalnych melodii wplecionych pomiędzy cięższe gitarowe riffy i zrównoważone uderzenia bębnów. Każdy utwór posiada charakterystyczne, łatwo wpadające w ucho aranże w postaci swoistej linii melodyjnej, zwrotki czy refrenu. Chociaż charakterystyczny dla NWOBHM jest kontrast pomiędzy melodyjnymi wokalizami (osadzonymi oczywiście w falsetowej tonacji) a dość dynamicznymi i pełnymi energii instrumentami, co jest często wizytówką kapel spod znaku NWOBHM. Dynamika kompozycji jest dość zmienna, aczkolwiek nie ulega ekstremalnym zwrotom, raczej dominują utwory w średnich tempach z możliwością do przyspieszeń czy balladowych zwolnień, których jest tutaj nawet sporo. Album "Sanctuary" należy do bardzo romantycznych, melodyjnych ale i zarazem dynamicznych. Poszczególne utwory są silnie nacechowane melancholią i patetycznym tonem. Wytwarzane emocje podkreślane są nie tylko przez częste partie solowe czy wokalne uniesienia ale i przez motywy orkiestry symfonicznej. Na krążku umieszczony jest wideoklip do utworu "Turn The Tide" – bardzo melancholijna dramatyczna ballada… Przyznam, że dawno nie słyszałem tak dobrego melodyjnego Heavy Metalu.

PRAYING MANTIS

Gnom

EGOIST
"Ultra-Selfish Revolution"
Selfmadegod Rec

Kto z Was nie zna dokonań Patrick'a Mameli niech podniesie łapę w górę! Albo lepiej nie!!! Niech zamilknie i się nie przyznaje, to uniknie linczu od starszych kolegów! Patrick Mameli, autor kilku znakomitych krążków w świecie metalu pod szyldem PESTILENCE, tu maczał swoje wredne paluchy. Czujecie już te elektryzujące swędzenie w kroczu? To miło, ale nie tym faktem powinniście się podniecać, gdyż jego udział w tej realizacji w obliczu całości, generalnie nie wydaje się być jakoś konkretnie znaczący poza zwykłym, gościnnym udziałem. EGOIST to jedna osoba w postaci naszego krajana Stanisława Wołoncieja, którego to umysł i zapędy artystyczne, wydają się być cholernie pokręconymi. Ano i w rzeczy samej, człowieczyna tym co proponuje na "Ultra-Selfish Revolution" wręcz pastwi się nad recenzentami i słuchaczami, tworząc dźwięki dość trudne w odbiorze, odważne, intrygujące i niesamowicie zaskakujące. Imć Pan nie ogranicza się w strukturach swoich utworów do jednego koloru (na zasadzie albo białe albo czarne) bawiące się w najlepsze uczuciami odbiorcy, zmuszając do intensywnej pracy umysłu w sferze wyobraźni, budując przy tym dźwięki od skrajnie matematycznych wzorów po akordy z reguły bytujące na przeciwnych im biegunach. Na "Ultra-Selfish Revolution" ścierają się ze sobą światy zgoła od siebie odmienne, ale tu żywiące się i rosnące na tej samej pożywce, tym samym idealnie ze sobą współgrające niczym najemnicy grający w tej drużynie, która lepiej opłaci ich usługi. EGOIST potrafi być w jednej chwili przerażający, obłąkany i nawiedzony, by zaraz jakby oderwać się od maniakalnych zapędów przeobrażając się w niebywałą witalność i głaszczące, relaksujące w dotyku momenty. I tak jest przez całą płytę, bez względu czy weźmiemy pod uwagę pojedynczy instrument, czy obraz tego krążka w całości. Stanisław Wołonciej ma niebagatelne umiejętności do sklecania niebywałej i nietuzinkowej muzyki, tworzenia niemal wirtualnych, ale namacalnych światów hałaśliwej muzyki (wściekłe metalowe łojenie, to nie jedyny element błąkający się w ramach tegoż zespołu/projektu) i cholernie dobrze mu to wychodzi. Polecam!

-

Skowron

STRANGE FEELINGS
"Fractality"
CD'08

Czesi w natarciu! Na dzień dobry będę dla nich dobry! Chłopaki rzępolą stary defik, pokręcony jak należy i trzeba aby przykuć uwagę na dłużej. Nawet brzemienne w skutkach brzmienie mają takie archaiczne, coś jakbym słyszał naszych sprzed 15 lat. Proszę, proszę Zdenek gościnnie plumka sobie w parapet od czasu do czasu. Całe szczęście, iż nie robi tego nachalnie. Odnosi się wrażenie, że chłopy eksperymentują, bredzę ludziska! Oni to robią, mają dobrego shaker'a, więc wlewają tam wszystko co ma z death'em wspólnego. Jeśli jest to ich pierwszy materiał to jest dobrze. Nie porywają nie czynią spustoszenia w ośrodkach słuchowych jednak kręcą te swoje lody. Trochę odbiega te akustyczne pitolenie przedostatniego kawałka od całości. Ni z gruchy ni z pietruchy, jeśli taki mieli zamiar ich sprawa. W zasadzie nie ma się czemu dziwić, pepiki bujają się po kazamatach andergrandu od dobrych 9 lat, więc kombinują ile wlezie. Na dowidzenia proponuję trochę więcej brutalności, agresji bo rozgrzewacz publiki będzie z kapeli marniutki.

stragefeelings@centrum.cz - www.strangefeelings.estranky.cz

Artur

ANIMUS MORTIS
"Atrabilis (Residues From Verb & Flesh)"
Debemur Morti Prod

Po tak długiej stagnacji, taki cienkusz się trafił... Blekol tak typowy jak chlebuś krojony w supermarkecie. Niby idzie słuchać, bo nie nuży i takie pewnie było założenie ponurej 4 z Chile. Zmiany tempa, nastrojów, czy Bóg wie raczy wiedzieć czego. Nawet na chwile nie zmienią mojej opinii, że ta horda jest którąś tam kopią, którejś tam kopii. Jednak i tak lepiej wychodzą niż setki innych im podobnych kapel. Niby jest to rzecz normalna, ale odrobina własnego „ja” była by mile widziana. Tutaj tego nie słychać i raczej długo trzeba będzie na to czekać... I weź tu człeku wróć na łono Abrahama... Coś pokręciłem. Parodiując nazwę bojsbendu nie ma tutaj animuszu, więc jest martwe.

animusmortis@hotmail.com - www.animusmortis.com

Artur

ISOLATED
"Demonss Conclave"
CD'05

Pan jesteś łgarz i oszust! - takie słowa powinny paść pod moim adresem. Zważywszy na datę produkcji owego materiału a rok obecny. No cóż, ale takie me życie, że czasami rwę się do „pracy” by później leżakować w stagnacji wieki całe. ISOLATED to nasi starzy znajomi, którzy jak do tej pory zawsze robili pozytywne wrażenie swoją muzyką. Tym razem jest tak samo, solidny kawał death metalu, solidnie zagranego. Może nie porywającego, jednakże na tyle dobrego, iż słucha się krążka bez ziewania. Znaczy się nie ma czasu na wertowanie czego tu posłuchać zamiast chłopaków... Właśnie znalazłem list od Michała, „Demonss Conclave” to zapowiedź większego materiału... Pewnie już dawno krąży po kraju

Michał Harlender; Różyckiego 9/21; 43-100 Poland

harlender@netblok.pl - www.isolated.pl

Artur

THE THORN
"Hermitage Of Non-Divine"
Psycho Rec

W sumie to miło z ich strony, że po latach milczenia znowu bawią się w muzykowanie. Miło tym bardziej, że album w ogólnym rozrachunku daje radę, choć nie wszystko z "Hermitage Of Non-Divine" jest dla mnie do przełknięcia. Osobiście, lubię posłuchać czasem czegoś bliżej nie określonego stylistycznie, ale obawiam się, że o szerokie audytorium i konkretnego wydawcę własnych dźwięków, może im przyjść jeszcze długo powalczyć. Niestety, takie realia rynku (przynajmniej na naszym podwórku) i czasem nie do przebicia ściana sprecyzowanych na konkretnych gatunek, upodobań potencjalnych odbiorców. Ale przecież, zawsze mogę się mylić. Oby, bo szkoda by było konkretnego wysiłku chłopaków, włożonego w zmontowanie tej muzy. Na "Hermitage Of Non-Divine" mamy całkiem sprawnie i technicznie odegraną porcję thrash/death metalu (amerykańsko pobrzmiewającego thrash'u z lekkim Niemcem i mało zbrutalizowanego „defa”) z odchyleniami w stronę melodyjnych rejonów, klimatycznych i stosunkowo melancholijnych aplikacji wplecionych w ramy konkretnego hałasu. Całościowo, niby całkiem nieźle się to wszystko komponuje, ale dla mnie osobiście pojawia się tu pierwszy, lekko odstraszający problem, gdyż te wszystkie obecne na tej płytce wtręty, zamiast rajcować, czy też ubarwiać ten krążek, rozmieniają go niepotrzebnie na drobne, przy okazji zamiast ciężkiego i agresywnego młota, wciskają mu łapkę na muchy. W samych strukturach mamy całkiem sporo zmian temp, więcej niż przyzwoite gitarowe rzemiosło, spoko rytmikę, którym wtórują chwilami całkiem pokręcone rytmy i aranże, no i tutaj chłopakom należą się całkiem zasłużone brawa i słowa uznania, a praca garowego to już nie tylko pukanie ale robota z głową i nie byle jakimi umiejętnościami. O ile instrumentaliści robią swoje jak należy, to o tyle wokal, jego barwa, umiejętności, jakby brak chęci do rasowego darcia ryja, kładą się pleśnią na całkiem świeżym i jak najbardziej ciekawym „towarze”. Szorstkość i chrypa to jednak nie wszystko, jak nie czuć tu jaj. Sorry, ale jakoś tego inaczej nie widzę. THE THORN wewnątrz swojego tworzywa, wplótł sporo pomysłów, zaaplikował kilka interesujących efektów, ubierając to przy okazji w pewną przejrzystość i wyrazistość w odbiorze, ale niestety, równocześnie opatrzył zwyczajnie kwadratowym brzmieniem przy którym po raz kolejny w moich uszach ten band zwyczajnie blednie. Gdyby tak wyeliminować te wszystkie niedociągnięcia, radochy byłoby zdecydowanie więcej, a i japa potrzebowałaby trochę czasu, aby zagoić bolesne sińce, a tak..zwyczajnie dają radę, i póki co, raczej nic więcej! A może najważniejsze w tym wszystkim tym razem jest to, że w ogóle znowu im się chce, a konkretne efekty tego powrotu usłyszymy już na kolejnej płytce? Póki co, trzymam za chłopaków kciuki i jakby nie patrzeć, liczę na więcej!

Maciek Wasilewski; ul. Chopina 60/28; 09-402 Płock; Poland

thethorn@o2.pl - www.thorn.w.interia.pl

Skowron

NON OPUS DEI
"Constant Flow"
Empire Rec

"Constant Flow" nie jest już świeżym materiałem, aczkolwiek ostatnie prezentacje NON OPUS DEI jakie słyszałem pochodzą z lat 1998-2000. Mam tutaj na myśli "Yfel" i "Iliaest". A zatem album "Constant Flow" jest dla mnie jakimś novum, co od razu dało się zauważyć, gdyż nie przedstawia typowego Black Metalu jaki miałem okazję słyszeć poprzednio. Tym razem muzyka jest bardziej rozbudowana tematycznie, bardziej zaskakująca i silniej natężona emocjami oraz kontrolowanym chaosem. Słychać w niej cechy progresywnych i industrialnych patentów z niewielkimi elementami psychodelii, jednak wciąż osadzonych w black metalowych klimatach z minimalnym odejściem w stronę death metalowych zagrywek. Ostre i miażdżące aranżacje manifestują zimny, mroczny i agresywny klimat, przez który przebijają się jakieś cienie, jakby melancholii czy cierpienia tworzone przez różne melorecytacje. Jednak główną formę wokalną obrazują polifoniczne agresywne wokalizy, oscylujące pomiędzy blackowym wrzaskiem a growlingującymi krzykami. Dodatkowej swoistości nadają polsko-angielskie liryki o mistyczno-filozoficznym zabarwieniu. Utwory zdają się być dość złożonym procesem technologicznym, pełnym technicyzacji, aczkolwiek tkwi w nich ludzka energia. Ponadto materiał posiada w sobie niszczycielską siłę ale i zarazem pewien aspekt twórczy, przywołujący do życia jakąś energię, pierwotne instynkty i ukryte impulsy. Kompozycje wyraźnie natchnione są mrokiem, jak i niosą ze sobą mroczne przesłanie. Krążek dodatkowo zawiera dwa wideoklipy do utworów "Alne" i "Saule’s dark gifts".

MySpace-NON OPUS DEI

Gnom

LUNA NEGRA
"Soundproof Demo"
Mustache Ministry Rec

Zastanawiam się dlaczego LUNA NEGRA nie zaopatrzyła się w wokalistę. Co do bandów grających instrumentalną muzę progresywną już się przekonałem to w przypadku stoner metalowych kompozycji LUNA NEGRA jakoś odczuwam permanentny brak linii wokalnych. Owszem w muzyce stonersów coś niecoś się dzieje – ciekawie zaaranżowane gitarowe melodie odegrane na nisko strojonych gitarach, do których nabijane są średnio-wolne perkusyjne takty i przejścia, co w całości tworzy hard rockowo doom metalowy klimat. Instrumentalna całość buduje atmosferę retro z posmakiem hipnotycznej melancholii i falującej psychodelii. Mimo, iż deprywuje mnie tutaj brak jakiegokolwiek śpiewu to muzyka sprawia wrażenie dość przestrzennej i klimatycznej, aczkolwiek nie pozbawionej zadziorności (co intensyfikowane jest przez brudne brzmienie gitar) i specyficznej dla tego gatunku dynamiki (przy której przyjemnie pomachać głową lub kołysać się rytmicznie). W sumie przyjemnie słucha się tych utworów. Jednak subiektywnie oraz uparcie przystaję przy swoim i uważam, że zespół ma ciekawe pomysły na stonerowską muzę tylko należy połączyć je z wokalem.

MySpace-LUNA NEGRA

Gnom

DOGMA INC.
"Before And After"
CD '07

A czemu i nie?! Mi się ostatnia propozycja tych Słowaków całkiem, całkiem podoba. Co prawda, spodziewałem się zdecydowanie bardziej grindcore'owej rozpierduchy, bo często w takich właśnie klimatach zestawia się ten band, w zamian dostając coś z pogranicza thrash metalu, tradycyjnego hardcore'a ( do tej sceny jest im zdecydowanie najbliżej) i w małym stopniu death metalu. Uważam, iż związek tak różnych sobie składników w dziedzinie hałasu, na „Before And After” nie tyle wygląda, co jest całkiem udany. Przede wszystkim, DOGMA INC. pomyka generalnie w stosunkowo szybkich, średnio szybkich oraz bardziej umiarkowanych tempach – no w każdym bądź razie, nie łamią kolejnych barier prędkości – w poszczególnych utworach, montują solidne ściany ciętych, szarpiących riffów, a do mikrofonu rozpruwa sobie ryło, całkiem ostro pobrzmiewający wodzirej. Całościowo, muzyczka jest dość agresywna, choć ja osobiście chętnie widziałbym tu również nieco więcej brutalności, czasem nawet lekko skoczna, jakby na swój sposób przebojowa, czego jednocześnie, nie tłumaczyłbym sobie jako „nie potrafiąca punktować”. Stylistycznie, przypomina mi to przede wszystkim dwie stare, i zasłużone dla sceny hardcore załogi BIOHAZARD oraz PRO-PAIN. Na „Before And After” słuchać, że chłopy potrafią kombinować i im się to udaje. Zresztą, warsztat muzyczny tego kwartetu do byle jakich w sumie nie należy (sporo tu fajnych, gitarowych dysonansów, tworzących kapitalną atmosferę czy chociażby nie byle jak zmontowana melodyka i death metalowe ciągoty), i to co dla DOGMA INC. jest najlepsze, Słowacy potrafią wykrzesać z własnych talentów. Na tym krążku od początku do końca zachowany jest jeden, konkretny rytm wokół którego kręci się cała reszta, co w pewnym momencie może rzutować na powierzchowne, małe zróżnicowanie materiału, ale wystarczy wgryźć się gębiej w poszczególne piosenki, a unikniecie efektu klozetowej wody. „Before And After”przyprawia o fizyczne skręty i to jest jej siła. Gdyby tak jeszcze podrasować bardziej brzmienie, krążek mieliłby jeszcze bardziej....ale i tak nie brakuje mu odpowiedniego ognia. Jak już powiedziałem na wstępie, mi się ta płytka całkiem podoba i wracam zaraz do niej, by to raz jeszcze zweryfikować.

dogma_music@yahoo.com - www.dogma-inc.szm.sk

Skowron

UTLAGR
"1066 - Blood And Iron In Hastings"
Sepulchral Prod

No proszę, mamy pagan viking black metal rodem z Kanady, a konkretnie rzecz ujmując z Quebec'ku. To już drugie, oficjalne nagranie UTLAGR po MCD "Traditions Normandes" (nie znam) przyszedł czas na pełny album, który szczerze mówiąc, przynaosi niespełna 50-cio minutową dawkę nie byle jakiej muzy. Ludziom, przedrostki typu „pagan” czy „viking” z miejsca kojarzą się z chóralnymi prześpiewkami, bitewnymi zawołaniami czy mieszaniem pomiędzy ostre grzańsko elementów folk i tym podobnych. I w przypadku tego zespołu, czeka Was tu niespodzianka, gdyż UTLAGR muzycznie wali prosto z mostu, nie stosując w ogóle wspomnianych wyżej dodatków, jedynie lirycznie i owszem, odnoszą się do konkretnych dat i wydarzeń. Jakich? Poszukajta, pomacajta a wiedzieć będziecie. Sam „1066 - Blood And Iron In Hastings” natomiast nie byłby pagan viking black metalem, gdyby zabrakło mu odpowiedniego klimatu i specyficznej, bitewnej aury. Jak najbardziej, gdybym miał na chacie jaką ostrą kosę, zwaną dalej mieczem, pewnie chwyciłbym ją w jedną łapę, w drugiej trzymając dobre piwsko, ruszyłbym do ataku trzebić niewiernych hie hie. A tak już na poważnie, duch historii w muzyce UTLAGR jest żywy, a atmosfera jaka towarzyszy tej płycie, jest wyraźna, wymowna i dość sugestywna. Poza tym, Kanadyjczycy łoją cholernie mięsistą muzę, potężną energetycznie, nasmakowaną brutalnością oraz przyozdobioną odpowiednimi liniami melodyki, bliskimi sztuce czarnej polewki. Autorzy „1066 - Blood And Iron In Hastings” się nie opieprzają prąc do przodu kolejnymi atakami gwałtu, intensywności i siły. Morderczo pracujące wiosła, growl'ujący voice, cholernie zwinny pałker zapodaje kolejne porcje szalonych blastów – to proste i podstawowe elementy, na bazie których powstał ten krążek. Natomiast nie bagatelne umiejętności muzyków, zgranie i ogranie, jak i pomysły na poszczególne partie, aranże i utwory sprawiły, że te elementy nabrały potęgi, siły zniszczenia dając muzę mimo iż wcale nie odkrywczą, to chwilami paraliżującą i morderczą. Do tego całkiem przyzwoita produkcja i brzmienie, które adekwatnie do zawartości wpasowało się w całość. „1066 - Blood And Iron In Hastings” to z pewnością album, do którego się wraca. Warte Waszego czasu i pieniędzy, więc rozglądajcie się za tą pozycją!

Sepulchral Prod.; CP St-André; BP 32 128; Montréal, Québec; Canada, H2L 4Y5

info@sepulchralproductions.com - www.sepulchralproductions.com

Skowron

VANITY
Demo '08

Ha, i bądź tu człowieku mądry i ogarnij wszystko co znalazło się na tym demosku. Siedlczanie zafundowali nam tu taki melanż dźwięków, że czaszka sama robi sobie szczelinę, co by nie przegrzać szarych zwoi w niej się na co dzień gnieżdżących. Ale bez obaw, mimo iż materiał ten jest cholernie bogaty aranżacyjnie i pod względem przewijających się w nim tematów, na szczęście nie nosi znamion mało strawnego, wręcz przeciwnie, smakuje znakomicie. Przede wszystkim słychać, że chłopaki mają nie byle jakie umiejętności instrumentalne, co z kolei pozwala im umiejętnie balansować powiedziałbym iż wręcz na ostrzu noża, gdyż spektrum ich muzycznych zainteresowań jest bardzo szerokie, a i ilość tematów podjętych na tym materiale, oraz mnogość połączeń przeciwnych niejednokrotnie sobie biegunów, niejednokrotnie im podobnych grajków, często bardzo szybko sprowadzało na ziemię z nalepką na czole, na której grubymi wołami wypisany był napis „falstart”. Natomiast VANITY, wychodzi z tej potyczki zdecydowanie obronną ręką, przez pięć utworów intrygując i zaskakując słuchacza. To demo, jest z pewnością materiałem osadzonym w ekstremalnym metalu, gdzie pewien podkład, czy pożywkę na bazie której wyrasta cała reszta, stanowi death/doom metal i black metalowe zabarwienia. Natomiast to, co na tak zasianym polu się im wykluło, to efekt odwagi autorów tego demo, ich pewności przy komponowaniu, wyczucia w tworzeniu wielowymiarowej płaszczyzny, przy jednoczesnym zachowaniu jest niesamowitej spójności z odpowiednim smakiem, odpowiedzialnością i dojrzałością kompozytorską. VANITY to bardzo agresywny band, nie unikający ciężaru i brutalności, ale również mocno progresywny, aranżacyjnie dość wyczynowy, serwujący elementy jazzu czy swingu, do tego podpierający się instrumentem klawiszowym, którego partie dalekie są od banału, a tym samym w ogóle nie rozmiękczają tego pazura jakim dysponuje ta załoga. VANITY stworzyło niesamowitą miksturę w której zmienność i zaskoczenie są na porządku dziennym, ale jednocześnie cechuje ich spójność i płynność przechodzących przez siebie muzycznych inspiracji. I czy to weźmiemy pod uwagę mocno riffujące wiosła, potrafiące z ciężkiego, metalowego łojenia ślizgać się na rock'owo smakujących pasażach, czy dynamiczne gary, a następnie inteligentnie i niemniej zaskakująco pracujące na tym materiale gardło wokalisty, w każdym z nich znajdziemy niemałe ambicje, swoistą burzę i niemały potencjał jego autorów. Zdecydowanie, uciekają chłopaki z szuflad stylistycznych, choć swoją drogą, nie łatwo byłoby ich w którąkolwiek włożyć. Lekko ponad 20 minut muzy, w którą człowiek aż chce się raz jeszcze zanurzyć. Gratuluje!!!

vanity.com.pl@gmail.com - www.vanity.com.pl

Skowron

SELF-MADE BOMB
"Give Me Chance"
CD '08

Cholera, co mogę powiedzieć? Takich debiutantów życzyłbym Wam i sobie tylko więcej! Dla mnie SELF-MADE BOMB wyskoczył dosłownie jak Filip z konopi, a „Give Me Chance”, czyli debiutancki krążek kwartetu z „dystryktu łódzkiego”, niesamowicie z kolei mnie zaskoczył. Niby nie ma tu niczego szczególnie odkrywczego czy nowego, to jednak autorzy tej płytki, nie będą zmuszeni mimo wszystko wkupiać się w konkretny sposób w łaski potencjalnego słuchacza. Tego krążka po prostu się słucha i chce się słuchać, a to już jest zaletą samą w sobie. Przede wszystkim, „Give Me Chance” to niesamowita spójność materiału. Tu nie ma tak, że jeden utwór jest porażająco gorszy od drugiego, i raptem z całości idzie wyłapać dwa, góra trzy „hiciory”. 11 numerów tutaj proponowanych, to cholernie równy stuff, i pojawia się dylemat: bo albo chłopy miały farta i tak im się to złożyło, że wyszło to co wyszło, albo autentycznie inteligentne z nich bestie i kompozytory nie byle jakie. Jeżeli to drugie, to przyszłość zespołu względem kolejnych nagrań, rysuje się w całkiem korzystnym dla nich świetle. SELF-MADE BOMB serwuje nam mocno energetyczny materiał, stuff który wewnątrz wręcz żyje, wypluwający z siebie mega intensywność w takt dźwięków nie idących na układy co w linii prostej, daje nam materiał bez kompromisów, konkretny, w pewien sposób czytelny ale przemawiający w sposób dobitny. Wszystko to podane w stylu, który sam band określa jako krzyżówkę hardcore'a i nowoczesnego metal, choć ja uważam to za określenie mało trafne jeżeli wziąć pod uwagę drugą część ich niby składnika (nowoczesny metal). Ja tu słyszę sporo thrash'u, punkowej prostoty i zadziorność, a dopiero potem hardcore'ową bezpośredniość. Ale przecież, zdań na ten temat może być tyle, ilu słuchaczy. Przeszkadzać może w tym wszystkim jedynie nie najlepsze brzmienie, o jakość którego warto powalczyć w przyszłości, i nie w sposób rażący, ale delikatnie schowany do tyłu wokal notabene który robi na tym krążku kawał solidnej roboty. Dominacja generalnie szybkich temp ale przy jednoczesnym ich łamaniu, dobrze pracujące wiosełka, może miejscami mało skomplikowana, ale solidna perka no i wokal, który wściekle szaleje. „Give Me Chance” to zdecydowanie album koncertowy, kopiący i gryzący a do tego swoją energią stawia na nogi nawet najbardziej zatwardziałego leniwca. Jak dla mnie jest bardzo dobrze i szczerze polecam!

jakma@selfmadebomb.pl - www.selfmadebomb.pl

Skowron

CEREBRAL TURBULENCY
"Segregace K Nule"
Khaaranus Prod

Zajebiście że jest (nowy album) szkoda, że już ich nie ma (band leży już w grobie). Z jednej strony, micha się sama składa w rogala, kiedy taki krążek nabiera prędkości w odtwarzaczu, a z drugiej żal dupę ściska na pewno sporej części grindcore'owych maniaków, że CEREBRAL TURBULENCY złożyło już broń i samo zakopało się kilka metrów pod ziemią. Niestety, ale 15-to letni epizod wspólnego muzykowania tej czwórki, to już historia wypalona w srebrnych rowkach kilku mocny płytek. Pocieszające jest w tym wszystkim jedynie to, iż indywidualnie, część współtworzących do tej pory cały CEREBRAL TURBULENCY, nie robi sobie długich, czy też wiecznych wakacji z muzykowaniem, maczając swoje paluchy w innych załogach. Ale przejdźmy już do samego „Segregace K Nule”. 17 piosenek z tej płytki, to ku uciesze tych niezadowolonych z treści zawartej na poprzedniczce tego długograja „Crash Test”, pewien jakby powrót do wcześniejszych nagrań zespołu. Znowu łoją z grubej rury, nie przetykając tym razem swojej muzy czymś, co dla wielu po odsłuchu wspomnianej „Cash Test”, mogło sprawiać wrażenie bardziej ułożonej, może nawet bardziej wysmakowanej, core'owo/crust'owej i bardziej groovy muzy (bo i takie opinie słyszałem). Ja sam, tamten albumik łykałem bez zapijania, a on sam serwował mi porcję kopiącej w zad muzyczki, to jednak zdania zdawały się być podzielone wśród maniaków i fanów samego zespołu. Tym razem jest więcej jakby posmaku takiego zgniłka, choćby za sprawą brzmienia, które sprawia wrażenie nie do końca dopracowanego, jakby produktu pośpiechu czy po prostu soundu z undergroundu. Dla mnie, w tej kwestii jest zdecydowanie surowiej i bardziej bezpośrednio. A muzyczka? Tu już tylko łomot z jakiego ten band jest wszystkim znany. Agresywne, odpowiednio urozmaicone w swojej gamie barwy wokale i brutalna, ukierunkowana na 17 ciosów muza. Same utwory są głównie szybkie, furiackie, wściekłe i lutują jak 10-cio kilowy młot w tył głowy. W sumie, sporo tu typowych dla CEREBRAL TURBULENCY trade mark'ów. Nie powiem, bo chłopy potrafią również zasunąć jakąś arytmią i coś tam przyczarować, choćby po to, aby pokazać, że grać potrafią i jak im potrzeba, to wplątują w gąszcz grindcore'owych zagrań coś zgoła innego, co by swoje granie zdziebko urozmaicić. Jest ostra jazda, są zakręty ale i nie brakuje poczucia prostoty, humoru czy zwyczaje rzeczy bezpośrednich i trafnych. Udał się im ten album, bez dwóch zdań i ja nie mam co do tego wątpliwości, więc pozostaje mi ino żal, że to już niestety za nami. Ale kto wie, może któregoś pięknego dnia obudzą się Panowie z poczuciem braku tego, co również im samym dawał ten zespół i poczną znowu napierdalać?! Podobno nadzieja matką głupich, ale przecież każda matka kocha swoje dzieci, więc......może mimo wszystko do usłyszenia?!

Khaaranus Productions; Hviezdoslavova 2; 716 00 Ostrava-Radvanice; Czech Republic

khaaranus@seznam.cz - khaaranus.wz.cz

Skowron

NECROPSY/ESKATON/PARANOIA/FAECES/UNBORN SUFFER
"5-way split"
Redrum666

Ja to raczej nie koniecznie, ale zespoły biorące udział w tym splicie jak i Tomasz, szef tej labelni, chyba mogą głośno wrzasnąć: NO WRESZCIE! Szmat czasu minęło od pomysłu i zapowiedzi tego krążka, aż do chwili obecnej, czyli jego realizacji i wydania. Pytania o to, czy w ogóle się on jeszcze ukaże, i czy będzie to miało jeszcze jakikolwiek sens, myślę że były co najmniej uzasadnione, choć na pewno nie w 100-tu procentach. Jak widać, i pewnie w kilku domach już słychać, split w końcu ujrzał światło dnia, czyli ten etap przez Redrum666 został zaliczony, i pozostaje nam ino rozważanie sensu wydawania czegoś, co od chwili poczęcia i „wydalenia” przez same zespoły, nosi znamiona noszonych na karku ładnych kilku wiosen. Dla mnie i dla armii podziemnych szperaczy, zawartość tej płytki, to żadna nowość, a o muzyczce samych kapel się tu udzielających, pisałem już nie raz i nie dwa na łamach naszej szmaty, więc siłą rzeczy raczej daruję sobie ponowne i obszerniejsze relacjonowanie tego, co się tu wyrabia. Natomiast gros malkontentów, pieniaczy i wszystko wiedzących, których na naszej scenie jak zawsze pełno, mieć będzie okazję raz jeszcze nausznie przekonać się, iż polski underek, to wcale nie takie bezrybie, a nasi rodzimi brutaliści potrafią mieszać, hałasować i to wcale nie odstając od swoich bardziej rozreklamowanych kolegów z tak zwanego zachodu. "5-way split" to grubo ponad 70-cio minutowa dawka death/brutal/grind/gore/grind'core'owej młócy. Wcale nie tak mało jak widać tego stuffiku się tu upchnęło co też pewnie samo w sobie, dla poniektórych okaże się maratonem rozłożonym na etapy i postoje. Wasza sprawa, ja to łyknąłem bez zająknięcia. Chociażby tylko dlatego, że z nieskrywaną przyjemnością znowu mogłem zanurzyć się w brutalnym świecie NECROPSY (promówkę których posiadam a której to pewnie nie doszukałbym się w stosie mojej kolekcji) – ich materiał w ogóle się nie starzeje, tylko kiedy kurwa w końcu znowu coś nagrają?! - dać się spoliczkować ESKATON, rzucić się w młyn PARANOIA, znowu poczuć jak smakują wymiociny FAECES czy wreszcie przypomnieć sobie sound UNBORN SUFFER – podobno znowu coś wydali, tylko z profilu na myspace nie zamierzam niczego obsłuchiwać. Mimo obfitującego w długaśne minuty wypełnione rzezią, tego krążka słucha się „przyjemnie” (nie wiem, czy to akurat odpowiednie słowo hie hie), a same kapele są na tylko odmienne stylistycznie i brzmieniowo od siebie, że materiał w obliczu całości nie zlewa się w nic nie mówiącą i nie różniącą się od siebie paćkę. No i jeszcze jeden, może i mało istotny plus tego wydawnictwa – nie trzeba żonglować kilkom płytkami, aby posłuchać kilku, dobrych ekip. Ponad 70 minut morderczej, solidnej i dobrej muzy. Muzy zaaranżowanej z pomysłem, umiejętnościami, z kopytem, rogami, jajami i czym tam się jeszcze komu podoba. I choć walory tego co się tutaj gra ująłem w kilku ogólnikach, to nie zmienia to fakt, że jest tu czego posłuchać. Tak więc i suma summarum, jest i sens wydawania i inwestowania w takie pozycje, a przynajmniej ja to tak widzę. Chociażby tylko po to, aby wspierać rodzime załogi, a w obliczu tego krążka, sprawdza się również stara maksyma: „lepiej późno niż wcale”.

-

Skowron

FETO IN FETUS
"Far From The Truth"
Redrum666

Z debiutantami trzeba ostrożnie – nie ma ich co głaskać (no chyba, że naprawdę zasłużą), bo takie zespoły mają cholerną tendencję zapadania w samozachwyt zapominając w następnej kolejności o twórczym realizowaniu się na polu metalowej muzy (choć chyba wszyscy zdajemy sobie przy tym sprawę, że o oryginalność tym samym dzisiaj wszystkim jest ciężko!), a z drugiej strony, jak się chłopaków zleje, to się może po obrażają, nabawią kompleksów i odłożą instrumenta na kołki w klopie. Pewnie i tak źle i tak nie dobrze, ale prawda jest taka, że FETO IN FETUS zmontował krążek zaledwie solidny. Nie powiem, miejscami to naprawdę uczciwe granie z takim czy innym pomysłem na kawałek ciężkiego łomotu, lecz w zalewie im podobnych grajków, to zdecydowanie na chwilę obecną za mało, by "Far From The Truth" oblać sosem superlatyw. Oczywiście, słyszało się już i gorsze granie w wydaniu tych nieco większych i bardziej znanych, co biorąc pod uwagę ten akurat fakt, stawia ten krążek w bardziej korzystnym świetle, to jednak biorąc pod uwagę jakość i wzorce z jakich czerpią grajkowie z Warmińsko-Mazurskiego, ścieli im się jeszcze długa droga do twórczej dorosłości. Grind'ujący Death/Brutal/Deathcore jakim chłopy zajmują się w swoim twórczym tyglu, póki co nie przynosi ino niczego nader nowego, zaledwie doszlifowując to, co już przez wielu do dnia dzisiejszego zostało stworzone. Fakt, od czegoś trzeba zacząć, co tym samym underground'owców chwilowo jedynie zmusza to do pokładania nadziei w tym zespole na czasy przyszłe i ich kolejne wydawnictwa. Patrząc i słuchając tego co znalazło się na tej płytce, momentami dawać może poczucie iż nie zmarnowanych i słusznych tym samym rzeczonych nadziei. To za co można FETO IN FETUS pochwalić, to całkiem udane balansowanie pomiędzy klimatami, siłami brutalności, napadów wściekłości, porażającej młocki, a elementami zdecydowanie bardziej miażdżącymi, nasyconymi ciężarem, gniotącymi wałami. Pewnie to efekt odpowiednich umiejętności tego kwartetu, bo i w rzeczy samej, takowych im nie brakuje, tylko w to wszystko chętnie widziałbym wmieszane większe ilości własnego wyrazu, mniej odwzorowań a więcej autorstwa, a przynajmniej wyraźnych prób szukania czego tylko dla siebie. Jest dobry voice, nie złe wiosełka, garki też na miejscu, kilka dobrych pomysłów, ciekawych aranży/zagrań, parę bardziej skocznych momentów, spoko produkcja. Słucha się "Far From The Truth" całkiem nie najgorzej, tylko na razie, bez wyraźnej siły przyciągania, o która muszą jeszcze powalczyć. Jak już rzekłem, solidny krążek, tylko aby na tej solidności się nie skończyło!

-

Skowron

MORDHELL
"Grim, Old And Evil"
Fallen Angel 666

No wreszcie! Wreszcie mam w łapach nowe dziecko Poznaniaków z MORDHELL. I tak jakbym telepatycznie wywołał diabła do odpowiedzi, bo całkiem niedawno, intensywnie począłem zastanawiać się, co w ogóle dzieje się z tą hordą, a tu masz babo placek.....byli w piekle na wycieczce i właśnie z niego wracają z nową porcją mocy królestwa ciemności. Swoją drogą, MORDHELL mimo iż band chłoszczący po dupie aż miło, to odnoszę wrażenie, iż jest lekko nie docenionym zespołem na naszym podwórku, przez co po nagraniu i wydaniu kawałka naprawdę nie byle jakiej muzy, na stojąco odsuwa się w cień tych, o których mówi i pisze się głośniej, co wcale nie oznacza, że lepszych ekip. Ot taka zagadka poliszynela, ale i tak najważniejsze jest to, co przywlókł z piekła "Grim, Old And Evil". Jak kto słyszał poprzedni, całkiem mocny "Cut Yourself And Die!!!", zapewne powoli rysuje sobie już obraz nowego wypustu MORDHELL. I bardzo dobrze, bo nowy krążek tej hordy, to ni mniej ni więcej, jak kontynuacja dawno podjętych tematów, ale jak dla mnie w jeszcze lepszym stylu zarówno od strony muzycznej jak i aranżacyjnej, a na samej realizacji tego materiału skończywszy. Oczywiście, znowu mógłbym napomnieć, iż zawartością "Grim, Old And Evil" przypomina mi taki dość całkiem znany band hie hie, ale w obliczu tego krążka, ma to dla mnie zupełnie drugorzędne znaczenie, bo słychać wyraźnie, iż piekielnicy z MORDHELL zrobili całkiem sporo, by wreszcie zacząć wychodzić na swoje. Na "Grim, Old And Evil" – chyba ten tytuł można odczytać tylko w jeden sposób – autentycznie jest obskurnie, dziko, chamsko, old school'owo i z takim „fuckiem” do wszystkiego innego. Muzycznie jest cholernie prosto, i kurwa chwała im za to! Jest trochę fajowych rytmów, co ja kojarzę coś jakby pod lekkiego black'n'roll'a. Nikt tu nie zabija mega prędkościami, wszystko ma bardziej charakter bardziej stonowany, przesiąknięty prostotą, lecz tym samym cholernie bezpośredni i bardzo dobitny. Oczywiście, nie brakuje odpowiedniej dozy cuchnącej zgnilizną piwnicy i tym podobnych, klimatycznych obrazków, ale tym samym wyczuwa się nienaganną spójność tego materiału. No i brzmionko, całkiem czytelne, wyraźne, ale bez zatracania ducha takiej muzy, jej brudu i surowizny. I mógłbym pewnie tak jeszcze wysuwać jakieś argumenty postujące za wartościami "Grim, Old And Evil", tylko pewnie zabrakło by mi jednej strony na opisanie całości od A do Z, a i tak oddanie w pełni ducha zawartej na tym albumie muzy, okazałoby się nie do końca możliwe, więc... Takiej płytki nie da się podsumować inaczej jak tylko BARDZO DOBRY materiał!

-

Skowron

RETRA
"Retra"
Eastside

We wkładce do cd napisano, że materiał został nagrany w 2006 roku. Jednak dopiero teraz wydaniem tego materiału zajęła się Eastside... i dzięki Bogom, że muzyka ta ujrzała światło dzienne, gdyż RETRA przenosi nas w dawne czasy wojów i pogan, kiedy to lud dzielnie opierał się chrześcijańskiemu mieczowi. Wielkim atutem tej pogańskiej hordy są polskojęzyczne liryki sławiące ówczesne bóstwa i opowiadające o tamtejszych zdarzeniach. Jednak RETRA wyróżnia się spośród rodzimych bandów poruszających pogańsko metalowe klimaty, gdyż ich hymny nie są utrzymane w typowych black metalowych tradycjach muzycznych. Muzyka bardziej zbliżona jest do klimatów BATHORY z czasów "Hammerheart", "Twilight of the Gods" czy "Blood On Ice". Krążek rozpoczyna "Inwokacja" - monumentalny wstęp niczym pieśń do czasów minionych (w którym się zakochałem i bardzo żałuję, że trwa tylko niewiele ponad 2 minuty)… przechodzący w melodyjne nostalgiczno-wojownicze hymny, którym wtórują pełne patosu męskie śpiewy, chóralne partie i melorecytacje. Jednak sporadycznie usłyszymy też i agresywne wrzaski. Instrumentalny trzon kompozycji tworzą ostre gitarowe patenty i wojownicze uderzenia bębnów, które nadają całości średniego rytmu (jednak zdolnego do melancholijnych zwolnień czy też drapieżnych przyspieszeń). Dodatkową ornamentykę budują melodyjne gitarowe sola i akordowe pasaże. A tło chwilami wypełnione jest przez subtelne klawisze rozszerzające muzyczną przestrzeń. Materiał natchniony jest pogańskim duchem, mistycyzmem i zadumą oraz jakąś tajemnicą. Poza "Inwokacją", utwory są dość długie, mroczne i przede wszystkim majestatyczne. Szczerze mówiąc poza NORDEN, nie znam więcej rodzimych kapel wykonujących tak specyficzny Pagan Metal – monumentalny, dojrzały i bez panujących black metalowych wrzasków oraz furiatycznej wściekłości. Szkoda, że tak mało kapel przejęło dziedzictwo BATHORY. Jednak RETRA podąża podobną ścieżką… Dlatego chwała im za to!!! Chwała! Chwała!

Gnom

CLARICE
"In This Order"
CD '09

Choć muzycy biorący udział w tym przedsięwzięciu wydają się być Włochami to pochodzenie zespołu wskazuje na Niemcy. Siłą napędową i twórczą kompozycji jest niejaki Francesco Ferrari, który przy współudziale przyjaciół powołał do życia CLARICE. A "In This Order" zdaje się być pierwszym albumem tego projektu. Muzykę zawartą na krążku najbliżej można by umieścić na półce z power metalowymi twórcami. Mnóstwo w niej gitarowych melodii, dynamiki i ciężkości przeplatanej nostalgicznymi oraz melodyjnymi wokalizami. Jednak do charakterystycznych cech "In This Order" należą też wyraźnie zaznaczone progresywne klawiszowe zagrywki nadające większej głębi kompozycjom jak i kosmicznego klimatu. Przez co muzyka staje się bardziej przestrzenna, tajemnicza i wirtuozerska. Utwory są dość zrównoważone stylistycznie, jak i rytmicznie. Zazwyczaj usłyszymy tutaj średnio-szybkie tempa. Chociaż pojawiają się też wolniejsze tematy, bardziej melancholijne, balladowe, wręcz czasami cukierkowe. Jednak wśród tych 11 utworów brakuje mi jakiegoś hitu, kawałka, który poruszyłby mną do reszty, który sprawiłby bym podczas słuchania poddał się zapomnieniu i pragnął słuchać go bez końca. Aczkolwiek zastanawiam się czy takim utworem nie mógłby być "Blame", łączący w sobie zarówno dynamikę, łatwo wpadające w ucho melodie i progresywne dźwięki. Ale jednak skoro się zastanawiam… No nie wiem… Ocenę pozostawiam potencjalnym słuchaczom. Zagłębiając się w kolejne utwory zaczynam wyczuwać inne niż power metalowe cechy aranżacji. Mam tutaj na myśli gothic metalowe naleciałości przypominające mi dokonania HIM. Jednak CLARICE to nie tylko miłe dla ucha, słodkie melodie ubarwione ciężkimi partiami gitar ale i klawiszowo-gitarowe natchnienia rodem z hard rockowych i jazz rockowych patentów.

MySpace-CLARICE

Gnom

Next / Kolejne   Next / Kolejne   Next / Kolejne  

WSPIERAMY!!!