CHRIST AGONY
"Demonology"
Promo '07

Jeszcze przed premierą, Cezar zwykł o tym materiale mówić: „"Demonology" to 5 kompozycji o wyrafinowanym, diabelskim smaku i iście poetyckim zaśpiewie. To połączenie zmasowanych ciężarem gitar, przesterowanego basu, rytmicznej perkusji i poezji ukrytej w tekstach" – i niech mnie wkurwe piekło pochłonie (to jest raczej i tak nieuchronne hie hie), ale skurczybyk miał i ma w tym sporo racji. W jego słowach, zawarta jest cała esencja tego krążka, a wszelkie dopiski wydają się być zbyteczną formą postronnego streszczenia jego zawartości. CHRIST AGONY zasługuje na słowa wszelkiej komplementacji i służalcze pokłony z peanem na ustach. Nie ma, powtarzam NIE MA (już słyszę te słowa gromkiej polemiki he he) na naszej scenie drugiego takiego aktu, emanującego tak potężnym mrokiem, tak jadowitego, dumnego, tak pełnego bólu i smutku, a jednocześnie tak pewnego siebie i swoich bluźnierczych hymnów zarazem. Cierń w oku chrześcijańskiego ekshibicjonizmu i hipokryzji, zagłada świętości i obwieszczenie nowego początku. Przy takich dźwiękach człowiek czuje się jak brud pod paznokciem – niepotrzebny i przeszkadzający. I zaprawdę powiadam Wam, pięć hymnów piekielnego ognia strawi Wasze serca, niczym napalm powoli poczynając od bolesnego rozpuszczania się skóry, włosów, flaków a na kościach skończywszy. Więc skarcony krogulczym palcem, niczym zbity pies z podkulonym ogonem, w ciszy oddalam się w miejsce odosobnienia, by w pustelni własnej duszy ponownie oddać się medytacjom „demonologii”, i niczym niemowlę ssać będę sączący się jad z zatrutej, bezdusznej piersi. Hail! Hail! Hail!

unionlegion@wp.pl - www.christagony.com

Skowron

LOITS
"Must Album"
Nailboard Rec

Przyznam szczerze, iż w pewnym stopniu imponuje mi to, co nasi wschodni sąsiedzi wyprawiają na swoim najnowszym dziele. Ten krążek jest przede wszystkim niejako wycieczką w nieznane i to po całkiem różnorakim, zróżnicowanym i co chwila zupełnie odmiennym terenie. To co wydaje się być imponującym elementem w twórczości LOITS to zdecydowanie niesamowity klimat, rozbrajająca atmosfera i kapitalne wyczucie danej chwili w poszczególnych utworach. LOITS potrafi ostro pojechać po uszach by za jakiś czas zabrać swojego słuchacza w rejony zdecydowanie łagodniejsze, melodyjniejsze ze szczyptą czegoś, co można by określić elementem folkowym czy nawet taką delikatną ekstrawagancją. Trzon, zdecydowanie stanowi tu black metalowa spuścizna, która mi osobiście wykręca łeb w kierunku norweskich landów i hord pokroju SATYRICONa. Z drugiej jednak strony, wolałbym się delikatnie wzbraniać przed konkretnymi porównaniami, bo podobieństwa o ile się pojawiają, to i tak generalnie w porcjach dozowanych mikrych rozmiarów miarką, co jednocześnie jest jednym z jaśniej świecących punktów w twórczości tej ekipy. Rzekłbym nawet, iż LOITS ,ma własny styl i własny przepis na uzyskanie konkretnie brzmiącej i wyglądającej formy muzycznego wyrazu. "Must Album" to dość zróżnicowana treść ale jest w tym materiale pewna konsekwencja w działaniu i mimo swojego bogactwa i częstych zmian perspektywy, to powiedziałbym, iż jest to również spójna i dość organiczna forma. Dominują mocne, wycinające dość mroczne akcenty wiosełka, którym w odwecie przychodzi pozostałe, metalowe instrumentarium, a o których poziomie i pomyśle wykorzystania można generalnie wyrażać się tylko w superlatywach. Nie jest to gra naszpikowana nie wiadomo jak technicznymi niuansami, ale poziom stworzonych na nich aranży, sięga wyższych półek muzycznego kunsztu. Na takim oto podłożu wyrastają nam pozostałe istotne w dźwiękach tego zespołu elementy. Jest dość mocna linia melodyki, trzymająca w pewien sposób cały chaos w ryzach, są też wspominane wyżej elementy folku, tylko że te akurat, odnoszę wrażenie, iż chwilami niejako ustępują miejsca temu cięższemu graniu. Są też smaczki w postaci choćby wykorzystania w jednym z utworów tak ciekawego instrumentu jak akordeon, i choć mogłoby się wydawać, że będzie miał się on co najmniej nijak do reszty, to bynajmniej nie jest on pomysłem wyciągniętym z dupy. No i pozostają nam wokalizy, na "Must Album" występujące jak wszystko, w tonacjach różnobarwnych – od mniej więcej typowo black metalowych skrzeków po czyste zaśpiewy. Dobre brzmienie, nie pozbawione odpowiedniej dawki brudu, a przy tym mroczne i chwilami uszczypliwie szorstkawe. Dla mnie, LOITS zmontował krążek bardzo dobry, unikający monotonii jak diabeł święconej wody, a do tego poniekąd wymagający od słuchacza pewnego zaangażowania. Godne polecenia!

-

Skowron

THUNDERTALE
"Milzinai"
Atra Musica Records

Litewski THUNDERTALE to perełka dla fanów takich kapel jak HELLOWEEN, HAMMERFALL czy AVANTASIA. Muzycznie zespół przedstawia się naprawdę imponująco – dynamiczne i zarazem bardzo melodyjne kompozycje potrafią wprawić w emocjonalne uniesienie. Jak przystało na Power Metalowe aranżacje, każdy kawałek cechuje się charakterystyczną melodią, refrenem czy tematem muzycznym łatwo wpadającym w ucho. Oczywiście utwory nie są pozbawione szybkości i energii jak i mocnych riffów, chociaż THUNDERTALE oferuje również wspaniałe nostalgiczne ballady. Ciekawym urozmaiceniem jest nadanie całości folkowo-rycerskiego klimatu, czego wyrazem są nie tylko teksty ale i melodyjne piszczałki czy neo-folkowe pieśni oraz liryki w ojczystym języku, w większości utworów. Ponadto na albumie znalazł się teledysk do ballady „Thunder Take Me Away” przedstawiający tragiczną historię pewnego rycerza. "Milzinai" jest naprawdę godnym uwagi albumem budującym ciekawy klimat, pełen nostalgii i patosu.

THUNDERTALE

Gnom

EVELYN
"Awareness of Death"
CD '08

Można powiedzieć, że twórczość EVELYN znam od początku i stwierdzam, że każdy kolejny materiał mnie zaskakuje. Tym razem zmienił się nieco skład zespołu – odszedł basista i wokalista więc wszelkimi gitarami zajął się Chorus, a wokalne partie objęła nowa osoba – Alexa. Jednak nie należy tutaj kojarzyć kobiety z typowym żeńskim śpiewem, gdyż droga obrana przez EVELYN jest nadal dość ostra i mroczna, a równocześnie melancholijna – czyli Dark Metalowa. Śpiew Alexy to drapieżny Black Metalowy scream stojący na czele gitarowo-syntezatorowych kompozycji. Kobieta potrafi wykrzesać z siebie naprawdę przerażający wrzask w niczym nie ustępujący męskim wrzaskom. Jeśli zaś chodzi o szkielet utworów to utworzone są z dość ostrych, ciężkich a zarazem melodyjnych gitarowych riffów wraz z klawiszowymi melodiami i samplami, które wzmacniają ogólnie panujący mrok, tajemniczość czy melancholię a nawet miejscami tworząc kosmiczno-futurystyczny nastrój. Ponadto klimat potęgowany jest przez złowieszcze szepty czy delikatne gitarowe pasaże, melodyjne solówki lub ambientalne partie klawiszy spełniające jakby rolę intro czy outro poszczególnych utworów. Dla niektórych wadą EVELYN mogłoby być to, że rytmiką zajmuje się automat perkusyjny, ale ja stwierdzam, że jest bardzo dobrze zaaranżowany i wnosi odrobinę industrialnego zimnego klimatu, co w dzisiejszych czasach staje się całkiem na miejscu.

EVELYN

Gnom

STILLBORN
"Manifiesto De Blasfemia"
Pagan Rec

Chyba nie można by było wymarzyć sobie lepszego i godniejszego następcy rewelacyjnej "Satanas El Grande" jak właśnie szarpiący boleśnie z każdej strony moje cielsko „Manifiesto De Blasfemia”! Na takie krążki jak ten czeka się z wypiekami na japie, poziomem adrenaliny podniesionym do niebezpiecznych granic, drżącymi łapskami i boleśnie chłostającymi żołądek kwasami trawiennymi. Przy takich krążkach jak ten, rogi same pną się ku górze, dwa skrajne paluchy ręki prostują się w geście rogatego, a uszy zalewa infernalny holokaust, piekło i ogień, trawiący wszystko niczym niszczycielski powiew atomowego grzyba. STILLBORN kupił sobie moje uznanie już wieki temu, a najnowsze ich dzieło jedynie uświadamia mnie i utrzymuje w głębokim przekonaniu, iż pokłady piekła drzemiące w tych dźwiękowych bandziorach, jeszcze nie były w stanie uderzyć z największą siłą, a sam band nie raz i nie dwa narobi jeszcze bałaganu. 11 infernalnych, sączących się bluźnierstwem brutalnych hymnów, ubranych w ohydę, śmierć i oblanych jadowitym, cholernie trującym sosem czarno polewkowego gwałtu i wściekłości. 11 pigułek niesamowicie toksycznej substancji rozcieńczonej w megatonowej nienawiści i agresji. Rozkurwiające w pył pomysły i umiejętności instrumentalne tej czwórki gwałcicieli narządów słuchu zwyczajnie NISZCZĄ! Genialnie rozłożone wokalizy, które swoim wyziewem z trzewi wspomaga mieleckie tornado piąty bezbożnik zwany dalej Destroyer'em z KRIEGSMASCHINE przyprawiają o krwotok wewnętrzny i ropotok z uszu! Pięć wkurwionych gardeł, dwie mordercze gitary, lejący prosto w ryło basik i blastująca, wgniatająca w podłoże swoją pracą perka. Jedynie brzmienia nieco tłustszego by się chciało, ale to co udało się im wypracować i tak smali skórę i przyprawia o wypadanie włosów. „Manifiesto De Blasfemia” to najczystsza forma grzechu z efektem porażenia piorunem. Jak nic, zostanie z Was ino kupa gówna!!! Moje ścierwo już się rozkłada!!!

-

Skowron

ACCOMPLICE AFFAIR
"Act of Creation"
T'an! Kaven!! Ash!!!

Debiutancki krążek jednoosobowego projektu ACCOMPLICE AFFAIR został wydany przez T'an! Kaven!! Ash!!! - pododdział izraelskiej The Eastern Front. Muzycznie ACCOMPLICE AFFAIR krąży wokół Dark Ambientowych klimatów z wpływami minimalizmu i mrocznej psychodelii a nawet industrialu. Chociaż klawiszowe pasaże i sample nie są jedynymi rozwiązaniami, jednak przeważnie tworzą one jakby szkielet utworów. Często na prowadzenie wysuwają się delikatne gitarowe dźwięki i eksperymenty z gitarowymi efektami, co sprawia, że Dark Ambient w wykonaniu Przemka Rychlika jest dość nietypowy. Całość uzupełniają złowieszcze szepty mroczno-nostalgicznej poezji. Nastrój jaki tworzą kompozycje jest bardzo mroczny, tajemniczy, miejscami złowieszczy lub melancholijny a nawet powiewający chłodem i zimną technologią. Muzyka zawarta na krążku wpływa na odpowiednio ukształtowaną wyobraźnię. ACCOMPLICE AFFAIR ma potencjał.

ACCOMPLICE AFFAIR

Gnom

ABRASIVE
"Awakening Of Lust"
Nice To Eat You Rec

Miazgator, łamacz kości, buldożer – taki dzisiaj jest niemiecki ABRASIVE. Ewidentnie, to trio odskoczyło nieco od stylistyki do której nas, a mnie już na pewno przyzwyczaiło. Zdecydowanie mniej tu tym razem blastów (ale nie tak, żeby zaraz zupełnie nic hie hie), brutalnych napadów wściekłości, typowo rzeźniczego mielenia, na rzecz średnio-szybkiego grania, marszowych pochodów, czy wgniatających w glebę, maksymalnie zwalniających wałków. Na „Awakening Of Lust” podniósł się zdecydowanie poziom ciężaru, jak i przytłaczająca masa i tonaż tegoż materiału. Jak słyszę morderczego, wgniatającego w glebę, zalatującego dobrym doom metalowym mułem takiego choćby tytułowego „Awakening Of Lust” przetkanego co prawda wściekłym zrywem szybszej nawalanki, to aż mnie ciary po plerach przechodzą i cały zalewam się zimnym potem. Przede wszystkim, Niemcy postawili na niesamowicie szatkujące i ćwiartujące wiosła. Ich praca potrafi skaleczyć jednym riffem, by w koncepcie całości, nie pozostawić cienia wątpliwościom, że ten morderca nie jest amatorem filmoteki sztuki grozy, a spraktykowanym w perwersji i dziedzinie zabijania dźwiękiem killerem. Oczywiście, szybszych motywów, rozpędzonych uderzeń i plątania paluchami po gryfach instrumentów i tym razem również nie braknie. Tyle, że w moim mniemaniu, tym razem ABRASIVE użył tych elementów jako niezbędnej formy zbrutalizowania swoich dźwięków, wplątując w nie potężne kawałki miazgi, a czyniąc je tym samym bardziej opętanymi i co za tym idzie urozmaiconymi. Te krążek to również old school'owy duch z którym jego autorzy utożsamiają się od samego zarania tego bandu. Old school'owa produkcja, piekielnie pobrzmiewające intro otwierające całość, stosunkowo niskie stroje instrumentarium, oraz atmosfera uparcie przypominająca o czasach lat 90-tych. Jedyne co w sposób zdecydowany przypomina nam o ich współczesnym bycie, to te grind'owe, gore'owe, chore inklinacje z poniekąd dzisiejszą sceną zza wielkiej kałuży. „Awakening Of Lust” to nieźle pokombinowany, choć może nie przesadzony od strony stricte technicznej, ale niszcząco zaaranżowany krążek, z pełnowartościowym wykorzystaniem każdego z instrumentów w tym również urozmaiconych, jadących w różnych barwach wokaliz. Jest ropotok, jest krew, grób, zmurszałą ziemią zalatujący feeling i agresywny, pełny wszelkiego draństwa i brutalności pęd ku sonicznemu niszczycielowi. Strzeżcie się, bo na spokojne dotąd wody wpłynął niebezpieczny, niemiecki krążownik. Rasowy śmierć metal to jego główna siła. Będą ofiary!!!

-

Skowron

COUNTER-WORLD EXPERIENCE "Leaving Lotus"
2007

"Leaving Lotus" jest trzecim albumem Jazz Metalowego COUNTER-WORLD EXPERIENCE. Jest to kolejny materiał tej niemieckiej grupy, którym jestem wprost zachwycony. Tym razem w aranżacjach jest jakby więcej metalowych uderzeń niż na poprzednim materiale "Fraktal". Ale mimo wszystko nadal jest to potężna fuzja Metalu z Jazzem, co mnie normalnie wprowadza w stan ekstazy. Chociaż tym razem jakby dodatkowo pojawiły się Nu Metalowe czy Neo-Klasyczne patenty. A najfajniejsze jest to, że muzycy mają wciąż mnóstwo ciekawych pomysłów na tą muzyczną fuzję. Kompozycje są jak zawsze bogato zaaranżowane. Pełno w nich różnych tematów muzycznych, nieoczekiwanych zmian, zaskakujących motywów i skomplikowanych podziałów rytmicznych. A wszystko oprawione jest w Jazz Metalowe struktury, gdzie zarówno usłyszymy ciężkie, potężne i miażdżące frazy, ostre lub melodyjne solówki jak i spokojne, klimatyczne zagrywki, pośród których przewijają się Progresywno Metalowe i Jazzowe patenty. Tą skomplikowaną i bardzo wortuozerską gitarową całość utrzymuje w ryzach równie skomplikowana sekcja rytmiczna. A czasem gdzieś w tle pojawiają się też melancholijne, ambientalne i kosmiczne partie klawiszy oraz sampli. Chociaż utwory zawierają mnóstwo elementów i każdy muzyk oferuje coś własnego od siebie, to mimo wszystko całość jest bardzo spójna oraz idealnie do siebie pasująca. Nastroje panujące na "Leaving Lotus" są różnorodne, zaskakujące, często się zmieniają od mrocznych dość agresywnych uniesień po tajemniczą, nostalgiczną czy wręcz psychodeliczną ekspresję. Określenie "uporządkowany chaos" idealnie pasuje do tego klimatu. Również i ten materiał jest instrumentalny. No może w ostatnim ukrytym kawałku usłyszymy zabawną piosnkę, ale dosłownie na kilka sekund. Zresztą nawet nie ma więcej miejsca na bardziej rozbudowane linie wokalne. Poraz kolejny muzyka COUNTER-WORLD EXPERIENCE zawładnęła mną do reszty.

COUNTER-WORLD EXPERIENCE

Gnom

MUST MISSA
"Martyr Of Wrath"
Nailboard Rec

Zawsze, dosłownie zawsze kiedy w moje łapska wpada jakieś wydawnictwo sygnowane logiem tego zespołu, dostaję przyjemnych skurczów jąder. Muzyczka MUST MISSA jest po prostu REWELACYNA!!! W Estończykach jest niesamowity upór, moc i równie niesamowita energia, która sprawia iż rogi same wznoszą się ku górze, pięści zaciskają boleśnie, a organizm szykuje się do bitwy i pełnego zniszczenia. Ten band na dzień dobry pożera wszystkie cipkowato brzmiące boys band'y i inne, pięknie wylansowane wysokonakładowe szlagiery. "Martyr Of Wrath" to dźwiękowy antagonizm, gdzie słabszy musi paść i oddać dominatorom co im się należy - SZACUNEK. Agresywny, maksymalnie wkurwiony tharsh metal w stylu starej szkoły (najlepsze czasy SLAYER, DESTRUCTION czy VENOM) z lekko hardcore'owymi złamasami i przebarwieniami. Ten krążek jest żywy, organiczny, zgrany i perfekcyjnie zaaranżowany, ale jednocześnie leje w ryło pozostawiając jedynie wgłębienia po do niedawno bytujących w nich zębach. MUST MISSA szerzy piekło, ogień i prawdziwy, rasowy hałas wypuszczając kolejno po sobie osiem kul dużego kalibru. Morderczy feeling, kapitalne galopady i ucieczki na różne tempa. Wokalna sfora złaknionych krwi i mięsa podziemnych bestii, i gotowa do bitwy w każdej chwili, szalejąca choć wydawałoby się prosta sekcja rytmiczna. "Martyr Of Wrath" wyciąga swoją krogulczą łapę po Waszą duszę, ostrym szponem wbija się w Wasze serce, ciesząc się z coraz wolniejszej jego pracy. Bezduszni, obłąkani i pełni szaleństwa, oślepieni furią trupem torują sobie drogę ku wieczności. Tu toczy się bój o Wasze dusze.....Zdecydowanie krążek nie dla chłopców z niedzielnej szkółki. MUS – OBOWIĄZEK – POLECAM!!!

Nailboard Records; P.O.Box 2016; 10602 Tallinn; Estonia

ahto@nailboard.org - www.nailboard.org

Skowron

COUNTER-WORLD EXPERIENCE
"Fraktal"
CD '04

Zespoły, które parają się szeroko pojętym Progresywnym Metalem traktuję jak perełki na dnie muzycznego oceanu. Słucham muzyki Metalowej już prawie 20 lat i w zasadzie przez ten czas przebrnąłem przez wszystkie gatunki Metalu. Były cykliczne okresy, że w jakimś czasie szczególnie zwracałem uwagę na jeden rodzaj Metalu i właśnie teraz jestem najbardziej zafascynowany Progresywnym Metalem w każdym jego wydaniu, niezależnie czy jest on z domieszką Power,Thrash, Death, Black czy innego gatunku Rocka. Myślę, że Progresywny Metal stoi na najwyższym piętrze ewolucji muzyki Metalowej, jest najbardziej otwartym gatunkiem Metalu i co najważniejsze nie każdy potrafi zagrać Progresywny Metal, w przeciwieństwie np. do Death czy Black Metalu. Progresywny Metal jest po prostu postępowy! Niemiecki COUNTER-WORLD EXPERIENCE właśnie jest przedstawicielem progresywnego grania. Swoją muzykę określają jako Jazz Metal, co wyraźnie słychać na albumie „Fraktal”, gdyż poza Metalowymi patentami znajdziemy tutaj nie tylko Jazzowe tematy ale i Bluesowe czy Rockowe. Utwory są bardzo bogato zaaranżowane i posiadają skomplikowane podziały rytmiczne, nieoczekiwane zmiany nastrojów i tematów muzycznych. Sprawiają wrażenie nieustającej improwizacji, chociaż zapewne każdy dźwięk jest ściśle zaplanowany. Nie byłby to Metal gdyby nie było tutaj ciężkich gitarowych partii, jednak są one dość specyficzne, o bardzo skomplikowanych i technicznych rytmach, często tłumionych riffach. Owe miażdżące, ciężkie partie gitar doskonale splatają się z wirtuozerskimi gitarowo-klawiszowymi solówkami, kosmicznymi samplami, delikatnymi ambientalnymi klawiszami, czystymi pasażami gitar oraz z bardzo rozbudowaną sekcją rytmiczną. Tutaj każdy muzyk ma coś do zaoferowania od siebie – czy będą to wspomniane wyżej różnorodne partie gitar, klawiszy czy skomplikowane aranżacje basu i perkusji, która momentami potrafi nieźle wbić słuchacza w ziemię. Jedynymi partiami wokalnymi są rzadko wypowiadane androidalne sentencje, a niestety brakuje mi tutaj bardziej rozbudowanych partii wokalnych. Klimat jaki tworzy muzyka na „Fraktal” jest również dość zróżnicowany – od mrocznych, zimnych czy kosmicznych nastrojów po melancholię i psychodelię. Oczywiście ktoś mógłby zarzucić, że nie jest to prawdziwy Metal. A czym jest prawdziwy Metal? Napewno nie jest to muzyka dla ludzi prostych, czy zamkniętych w tradycyjnych ramach. Jest to muzyka dla ludzi inteligentnych, otwartych na nowe rozwiązania, potrafiących naprawdę się wsłuchać w tak skomplikowane aranżacje.

COUNTER-WORLD EXPERIENCE

Gnom

ACCOMPLICE AFFAIR
"Jezioro wspomnień"
My Hands Music

"Jezioro wspomnień" jest drugim albumem jednoosobowego projektu ACCOMPLICE AFFAIR. Muzyka z kręgu Ambient rzadziej gości w moim odtwarzaczu, aczkolwiek lubię posłuchać sobie klimatycznych dźwięków., których głównym zadaniem jest zbudowanie konkretnego nastroju. W przypadku ACCOMPLICE AFFAIR mamy do czynienia z mroczno-nostalgicznym klimatem, który budowany jest dzięki delikatnym gitarowym solówkom na tle minimalistycznych klawiszowych partii. W tej muzycznej przestrzeni od czasu do czasu pojawiają się delikatne szepty i tajemnicze sample. Nastrój jaki tworzą minimalistyczno-melodyjne kompozycje spokojnie a zarazem bardzo tajemniczo wyłania się z głośników tworząc poczucie melancholii, senności, transu, czasem błogości a nawet delikatnej psychodelii skąpanej w mrocznym morzu dźwięków. Miejscami pojawia się wrażenie nadejścia czegoś, czegoś tajemniczego, być może złowrogiego, czegoś co się czai, gdzieś pośród błogiej przyrody. Wkładka do materiału opatrzona jest poetyckimi lirykami oscylującymi wokół metafizyki i przyrody. "Jezioro wspomnień" to idealna muzyka do relaksacji czy wizualizacji. Wystarczy tylko wyruszyć na łono natury, włączyć discmana i zanurzyć się w tajemniczym i nie do końca bezpiecznym świecie przyrody.

ACCOMPLICE AFFAIR

Gnom

ŁEB PROSIAKA
"Świnioujście"
Dissonance Rec

Ano chwalę sobie poprzednią, pełną „ballad” i sielankowych rytmów płytkę ŁBA PROSIAKA "Wielkie Otwarcie Parasola W Dupie" i tym razem, nie omieszkam umieścić w tej recce kilku penisów, znaczy się peanów, chwaląc idyllę i jakże folklorystyczne i swojskie klimaty ich przyśpiewek. A tak na poważnie, to "Świnioujście" jest taka samo chamskie, wulgarne i nieuczesane jak jej poprzednik. Ale mnie to jakoś szczególnie nie przeszkadza, a może i nawet miejscami przyprawia o cholernie dobry humor, bo i w rzeczy samej, warstwa tekstowa z płynną lekkością sklecona przez tę oto brygadę, tradycyjnie została już zdominowana przez absurdalny, wytytłany w słownym rynsztoku specyficzny, nieokrzesany żarcik. Wszystkie „Mickiewicze” i inne wieszcze wsi polskiej, już w przedbiegach miałyby problemy, co by dotrzymać kroku tym wierszokletom, a cały romantyzm bijący z tej płytki sam w sobie podszyty jest bolesnym wzwodem. Muzyczka?! Przyjemnie chłoszczący grind/crust, z kąsającymi, wałkująco-szatkującymi wiosełkami, mocno wyeksponowanym werbelkiem, raczej prostą perką, nieskomplikowanym, bujającym bitem, bulgoczącym basikiem i ujadającymi wokalizami. Wszędzie czuć ducha punk'owej rebelii (autor ma na myśli aspekty czysto twórczo/odtwórcze), wulgaryzmu i swoistej zadziorności tegoż gatunku, w tonie jak najbardziej old school'owego ducha. Szybki, ciężki i generalnie mało wydumany kawałek hałasu, i choć sprawiający wrażenie prostego i niezaskakującego materiału, to co poniektórych przyprawi o wrzody żołądka czy inne jelitowe rewolucje. Dźwiękowa wściekłość i nie najgorsza, oprawa brzmieniowa. 14 serenad właściwej temu krążkowi treści, plus 6-cio utworowy bonus z płytki „Sprośne Hity vol. 666” - tu akurat brzmienie nie rozpieszcza – oraz kilkunasto- minutowy klipior, wideło czy inne horror muwie. Mnie to pieści, i jest mi z tym cholernie dobrze hie hie.

DISSONANCE RECORDS; c/o Marcin Malczyński; P.O. Box 8; 39-300 Mielec 6; Poland

dis_prod@wp.eu - www.dissonance.ovh.org

Skowron

DISGORGE
"Gore Blessed To The Worms"
Xtreem Music

Meksykańskie „bastardy” już poraz czwarty przypuszczają atak na ośrodki słuchu metalowych maniaków. I chyba jedynie jakoweś malkontenctwo zmusiłoby mnie w tym miejscu, co by chłopakom naurongać, że mi się ta ich na chwilę obecną ostatnia propozycja nic a nic w ogóle nie podoba. A że to ich rozpędzone, głośno i gniewnie buczące tornado robi mi niemały z dupy młynek, to i daruję sobie wszelkie utyskiwania i górnolotne opiniotwórstwo. Z „Gore Blessed To The Worms” trzeba krótko i na temat: jakby się człowiek nie starał, to od kalectwa nie ucieknie! Ten krążek Was zdrowo poharata! Że Meksykańcy z DISGORGE kochają mielone, chyba nawet najmłodsze pokolenie jeszcze zasmarkanych brutalistów wie doskonale, a że chłopy się starzeją i uzębienie już nie to samo, to i nawet najdrobniejsza kostka pomiędzy ochłapami mięcha zaczyna im przy pożeraniu padliny coraz to i bardziej przeszkadzać, więc i owe mielenie staje się intensywniejsze, dokładniejsze i cosik jakby skuteczniejsze w ataku. W rzeczy samej, „Gore Blessed To The Worms” to zdecydowanie kontynuacja odwiecznego stylu tego trio, czyli fekalia, smród rozkładającej się padliny i oceany krwi, znaki przecież firmowe dla stylistyki gore, przysmaczone jeszcze fetorem grind'owej naparzanki, oraz wysokooktanowe schematy śmierć metalowej rzezi, adekwatnie brutalnej „of corpse”, co by nie było zbyt wiele miejsca na jakiekolwiek niedomówienia. Tym samym, DISGORGE ewidentnie pnie się po szczeblach własnych umiejętności, miarkując elementy zaiste prostsze w swoich strukturach, z zagraniami natury wyższego zaawansowania technicznego, a czego cholernie słyszalnym dowodem niechaj Wam będzie 10 utworów sonicznego sztormu i czystej dewastacji. Meksykańcy robią demolkę, a terror jaki podczas swojej rozpierduchy chłopaki wyczyniają, słychać daleko, mocno i dobitnie. Oślepiająca furia i zniszczenie, mieląca, szatkująca praca wioseł, krótkie, ale jebutnie wściekłe i ujadające solóweczki, kawałkująca sekcja i zwierzęce wokalizy, ciekawe, ciężkie brzmienie i do tego mordercza energia – oczekiwałem od nich dobrej muzy, i taką dostałem. No i ten CARCASS'owski odór.... Cieszy również fakt, iż delikatne zawirowania ze składem (Antimo Buonnano - założyciel zespołu poszedł w pizdu) nie wpłynęły negatywnie na to ich zabijające, kaleczenie dźwiękiem. A poszedłbym i dalej twierdząc, iż obecnie, DISGORGE czuje się o wiele pewniej w tym co robił niż na swoich poprzednich krążkach. „Gore Blessed To The Worms” to mocny stuff i niema to tamto. A jak kto lubi duże kawałki, okrągłego i czarnego plastiku, niechaj puka do bram Deformeathing Production, gdzie zdobędzie tą płytkę za raczej niedużą kapuchę.

-

Skowron

WIZARDS' HYMN
"Transience"
Black-listed Records 2008

Muzykę WIZARDS' HYMN znam prawie od początku i myślę, że zanim przejdę do recenzji należy się kilka słów wstępu. Wszystkie poprzednie wydawnictwa tej Japońskiej kapeli oscylowały wokół Neo-Klasycznego Heavy Metalu czy jak kto woli Neo-Klasycznego Power Metalu. Jednak ich najnowszy album "Transience" przyniósł zmiany nie tylko personalne ale przede wszystkim muzyczne. Nową wokalistką zespołu została Yusa i w tym czasie zespół postanowił rozwinąć swoje horyzonty aranżacyjne, czerpiąc inspiracje z wielu gatunków muzycznych, chociażby z Gotyckiego czy Alternatywnego Rocka, z Melodyjnego Metalu, z Muzyki Klasycznej i Filmowej oraz z Japońskiej Muzyki Tradycyjnej, czego owocem stał się ten oto album muzycznie określony przez członków zespołu jako Neo-Japanesque Rock/Metal. I pragnę stwierdzić, że rzeczywiście w muzyce "Transience" słychać wiele elementów nowych inspiracji. Pomimo wielu inspiracji muzycznych struktura utworów jest spójna. Podstawę aranżacji tworzą dość ciężkie gitarowe partie przeplatane solówkami i klawiszowymi tematami oraz dźwiękami sampli co w połączeniu z delikatnym śpiewem wokalistki nasuwa skojarzenia z EVANESCENCE, WITHIN TEMPTATION czy Polski MOONLIGHT. Chociaż śpiew Yuso miejscami zawarty jest jakby w tradycyjnych japońskich skalach, co dodaje nieco egzotyki. Tempo utworów jest zróżnicowane, jednak przeważają średnie i wolne rytmy. Miejscami można usłyszeć klawiszowe motywy niczym z muzyki filmowej w stylu HANS'a ZIMMER'a czy JOE HISAISHI lub instrumentalnej w stylu KITARO, które zazwyczaj inicjują konkretny utwór lub tworzą przerywnik by po chwili zlać się z gitarowymi riffami oraz sekcją rytmiczną tworząc naprawdę totalnie monumentalny klimat. Ogólnie album jest bardzo dojrzały, tworzy melodyjny metalowo-symfoniczny nastrój ze sporą dawką melancholii i baśniowego klimatu. Jednak czasami mam wrażenie, że wokalistka nie czuje się swobodnie przy akompaniamencie metalowych gitar.

WIZARDS' HYMN

Gnom

STRANGLEHOLD
"Stranglehold"
Valhalla Records

Tytułowy album STRANGLEHOLD to kawał mocnego i melodyjnego Heavy Metalu. Utwory są bardzo dynamiczne. Większość z nich cechuje się jakimś charakterystycznym motywem, chociażby w stylu refrenu czy partii solowej. Pomiędzy szybkimi i pełnymi mocy gitarowymi riffami pojawiają się melodyjne wirtuozerskie partie solowe gitar i klawiszy, często o progresywno-metalowym, hard rockowym czy neo-klasycznym zabarwieniu. Potężna sekcja rytmiczna wzmacnia siłę aranżacji a melodyjny ale zarazem mocny śpiew dopełnia całości, czasem posiłkując się chórkami. Dynamiczne aranżacje sprawiają wrażenie ciągłej pogoni, chociaż znajdą się i wolniejsze akcenty. Jest to muzyka na bardzo wysokim poziomie.

STRANGLEHOLD

Gnom

DODHEIMSGARD (DHG)
"Supervillain Outcast"
Moonfog/The End Rec

Awangarda – to słowo praktycznie od zawsze towarzyszy dokonaniom tych Norwegów i nic w dziwnego. Żadna to naciągana teoria, iż DHG to śmiała i zdecydowana ucieczka od stereotypów, standardów i sztywnych ram gatunku z jakim w pewnym stopniu są kojarzeni, czyli black metalu. Nie inaczej jest i tym razem, choć pewnie każdy kto słyszał ich wcześniejsze dokonania, i tym razem niechybnie padnie ofiarą zaskoczenia, czując smak inności i choć słysząc kontynuację śmiałych rozwiązań to jednocześnie czując i doświadczając czegoś ponownie odmiennego. Oczywiście, „Supervillain Outcast” jest ciągle podłączony do czarno polewkowego gniazda, a elementów mroku i zła na tym krążku nie brakuje, ale te elementy to zaledwie lub też po prostu fundamenty, na bazie których powstaje właściwa i jakby nie patrzeć, naprawdę okazała budowla. Fakt, bez solidnych fundamentów, nawet nie wiadomo jak trwała i wydumana konstrukcja runie niczym domek z kart, więc i ja nie zamierzam podważać kunsztu i umiejętności majstrów budujących całość, tyle, że w ogólnym koncepcie, czasem większą rolę odgrywają tu wszelkiej maści przy ozdobniki, niż te ostrzejsze i brutalniejsze partie. DHG mimo wszystko, umiejętnie łączy tradycję black metalu pełną blastów, szybkich, rwanych riffów i czymś, co ich zdecydowanie odróżnia i czyni „odmieńcami” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Unikalne rytmy, pewna teatralność, osobliwa jakby chóralność przepełniona obłąkaniem i innej maści chorobami, której towarzyszy odpowiednia porcja brutalności i odhumanizowania. Niesamowite wokale, inteligentne użycie klawiszy, dające poniekąd efekt transu a na pewno – użyję tego słowa kolejny raz - osobliwej chwytliwości i jednocześnie wwiercającej się w podświadomość, zindustrializowanej, mechanicznej części tej płytki. „Supervillain Outcast” to przede wszystkim bogactwo gitarowych zagrań, wszechstronność tego instrumentarium i niesamowita ich zadziorność. Do tego dorzućcie sobie klawiszowe wariacje, wokalne wycieczki w terytoria sobie zupełnie przeciwne, eksplorujące niesamowity talent gardłowego DHG, ścierające się ze sobą, elektryzujące, na pozór gryzące wzajemnie przeciwstawne style, chwilami nie przypominające niczego konkretnego, a już na pewno będące ciężkie do określenia. Melodyka i dzikość, brutalność i unikalność, co razem daje nam futurystycznie wyglądający chaos. „Supervillain Outcast” to krążek kompletny, dobrze wyprodukowany a już 100%-owo unikalny, tworzący coś na kształt dźwiękowej przygody. Bierz ta w ciemno!!!

Moonfog Productions; P.O.Box 244; 1451 Nesoddtangen; Norway

moonfog@online.no - www.moonfog.no

Skowron

DAVOLA
"The Resume"
CD '08

DAVOLA to jednoosobowy projekt Aaron'a Cloutier. Album „The Resume” jak sama nazwa wskazuje zawiera streszczenie twórczości artysty, na który składa się aż 15 utworów zamkniętych w ponad siedemdziesięciu minutach. Muzyka jaką przedstawia nam Aaron oscyluje pomiędzy brutalnymi gatunkami Metalu od Thrash Metalu po Death Metal jak i Metalcore, co w sumie tworzy bardzo ekstremalną muzę, pełną brutalnych, ciężkich i agresywnych fraz. Szybkie tempa, nisko strojone gitary i zfuzowane partie basu w połączeniu z charakterystycznymi ciężkimi riffami i agresywnymi wrzaskami tworzą klimat podobny do takich bandów jak STRAPPING YOUNG LAD, LAMB OF GOD, SLIPKNOT czy MASTODON. Jednakże ciężkie, szybkie gitarowe riffy i agresywne partie wokalne – pomimo przewagi – nie są tutaj jedynymi rozwiązaniami. W utwory wplecione są również czyste partie gitar, melodyjne solówki, akustyczne kawałki chociażby w klimacie flamenco i czysty śpiew. To wszystko nadaje czasami muzyce melancholijnego nastroju lub po prostu łagodniejszego tonu.

DAVOLA-MySpace

Gnom

BLACK MASQUERADE
"Holy and Bright"
Triumph Records

Oto wpadł mi w ręce kolejny materiał Japońskiej Power Metalowej hordy. Zauważyłem, że w kraju Kwitnącej Wiśni muzyka spod szyldu Heavy/Power Metalu ma się całkiem dobrze. W zasadzie nawet nie ma się czego przyczepić, hahaha – jeśli chodzi o BLACK MASQUERADE – wszystko jest profesjonalnie wykonane. No, może wokal mógłby być odrobinkę głośniej. Ale za to wysoka barwa i akcent wokalisty podczas śpiewania angielskich tekstów są w porządku. Jeśli zaś chodzi o samą zawartość albumu to oczywiście mamy tutaj do czynienia z energicznym Power Metalem pełnym szybkich i ostrych gitarowych tematów oraz zadziornych czy melodyjnych solówek osadzonych przeważnie w szybkich rytmach. Chociaż pojawiają się i wolniejsze akcenty, wręcz balladowe czy nasycone neoklasycznym tchnieniem. Utwory pomimo swojej charakterystycznej ciężkości i dynamiki są bardzo melodyjne a każdy z nich posiada charakterystyczny łatwo wpadający refren czy akcent muzyczny, aż głowa sama zaczyna się rytmicznie kiwać, hahaha... Ciekawostką może być ostatni kawałek „Sanoramyun” odśpiewany jakby po koreańsku (!?), przynajmniej tak mi się wydaje.

BLACK MASQUERADE

Gnom

Next / Kolejne   Next / Kolejne   Next / Kolejne  

WSPIERAMY!!!