HOLY DEATH
"The Knight, Death And The Devil"
Fallen Angel/Luciforus Art Prod

Zaskoczył mnie niesamowicie HOLY DEATH swoim nowym obliczem. W zasadzie, nawet nie zbłądzę zbytnio w swoim twierdzeniu, iż ta horda w życiu tak nie grała, nie operowała tak genialnymi strukturami, i ani razu nie dała nam maniakom, aż tak kompleksowego, błyszczącego geniuszem materiału. Przede wszystkim, na „The Knight, Death And The Devil” panuje niesamowity klimat, klimat starych czasów. I biega mi tu zarówno o czysto old school'owe wibracje, jak i ducha starych czasów w dziejach historii. HOLY DEATH wspiął się na wyżyny dźwiękowej sugestywności, emitując dźwięki żywe, świeże i na swój sposób bardzo plastyczne. Nad tą płytką roztacza się aura mistycyzmu i pewnej melodyki, nad którą swoje szpony rozpościera drapieżca, potęga wyrazu, i jednocześnie mocno underground'owa surowość. Generalnie każdy element składający się na „produkt” końcowy „The Knight, Death And The Devil”, jest tutaj nierozerwalną częścią całości, bez której niedosyt drażniłby moje podniebienie, a tak otrzymałem coś na kształt konceptu, solidnie zbudowanego, by nie powiedzieć fascynującego stuffu. Mocne, potężnie pracujące w takt thrash metalowej nuty wiosła, którym wtóruje niesamowicie skonstruowany wokal – to trzon, na bazie którego powstał killer o niezniszczalnych fundamentach, które przez długie lata trwać będą w pamięci metalowej braci. Nie chcę umniejszać nic reszcie instrumentarium, bo i tu kawał roboty HOLY DEATH wykonało. Może i wypadałoby rzec kilka słów o cudzesach, których takty pobrzmiewają na tym albumie, a ich obecność bynajmniej nie jest tu dziełem przypadku - „Call From The Grave (BATHORY), „Beat Of Flame (HELLIAS), „Princess Of The Dawn (ACCEPT) – ale ja bez względu na ich obecność, wolę rozpatrywać treść tej płytki jako niezmąconą, zintegrowaną i nierozerwalną spoinę. Zdecydowanie, „The Knight, Death And The Devil” przyćmił wszystko inne ze znaczkiem tej hordy, a ja podpisuję się obiema rękoma pod głośnym – POLECAM!!!

-

Skowron

BRETT MILLER
"Druid Green"
CD '07

„Druid Green” to gradka dla fanów wirtuozerii gitarowej i klimatycznego grania. Twórcą tych12 kompozycji jest człowiek, dla którego muzyka i zjawiska paranormalne są wielka pasją. Myślę, że właśnie ta pasja sprawiła, iż ten album nie jest zwykłym wirtuozerskim albumem, w którym muzyk popisuje się swoimi umiejętnościami. Oczywiście gitarowe tematy pełne solówek czy ciężkich partii są tutaj podstawą, aczkolwiek stworzone do nich tło nie jest przypadkowe. Z pomiędzy gitarowych progresywno-metalowych fraz wyłaniają się wspaniale zaaranżowane dokonania sekcji rytmicznej i klawiszowe motywy, które nadają specyficzny mistyczno-futurystyczny klimat. Całość jest bardzo przestrzenna, charakteryzująca się głębią dźwięków i różnorodnością tematów, od delikatnych progresywno rockowych motywów po ciężkie metalowe granie czy ambientalne wstawki. Słuchając albumu Bretta Millera ma się wrażenie jakby muzyka żyła, jakby posiadała własną inteligencję i prowadziła cię po przez różne odległe wymiary i miejsca, w zupełnie innym czasie. „Druid Green” to bilet w odległe wymiary...

BRETT MILLER

Gnom

EMBRIONAL
"Annihilation"
demo '07

Skuli mi ryło, jak hycel burego, bezpańskiego kundla. Czułem, czułem w kościach, że po co by nie powiedzieć dobrym „Cusp Of Evil” nie odpuszczą i przyłoją czymś cholernie brutalnym i okrutnym, ale nie spodziewałem się, że na miłe powitanie poczęstują mnie kosą po gardle i zostawią, abym się obrzygał własną, tryskającą w każdym kierunku krwią. Nie zdążyłem nawet stęknąć, jak zostałem niemiłosiernie wypunktowany, przez kolejno spadające mi na szczękę ciężkie i chore ciosy. Taki powinien być pieprzony, rasowy death metal! Ma zabijać i nieść śmierć. EMBRIONAL ma wszelkie predyspozycje, by obudzić śmierć metalową bestię i wywołać lawinę krańcowej anihilacji. To demo, jest wynikiem rozbudzonych na nowo najgłębiej schowanych w ludzkiej powłoce pierwotnych, zwierzęcych instynktów. Tu śmierć stanowi niepodważalne, stalowe i jedynie słuszne prawo a oni są głodnym krwi myśliwym. "Annihilation" zabija z barbarzyńskim upodobaniem do najcięższych tortur, a widok po przejściu ich death metalowego tornada jest makabryczny z unoszącym się dookoła smrodem rozkładającego się padła. Wszystko, dosłownie wszystko na tym materiale jest takie jak powinno. Wiosła mielą bezlitośnie, riffy tną boleśnie, pastwiąc się nad odsłuchami swojej ofiary. Basik, gary, wokal – wszystko na swoim miejscu z jasno nakreślonym planem sonicznej eksterminacji. No i brzmienie. Jeżeli to jest faktycznie efekt prac domowych, to co oni są w stanie wysmażyć w profesjonalnych warunkach?! Bestialstwo, ciężar, piekielna duchota i wszech ogarniający, lodowaty jęzor kostuchy. Diabeł musi być z Was dumny. Ja jestem!

-

Skowron

DENEB
"Exoriare Aliquis Nostris Ex Ossibus Ultor"
Metalrulez Prod

To co mnie niezmiernie cieszy w obliczu nowego dzieła DENEB, to namacalny progres tego zespołu, a wraz z nową odsłoną swojej muzyczki, zdecydowanie kładą cień na wszystko co do tej pory ten band był w stanie nagrać i stworzyć. Rybniczanie tym razem postarali się o płytę w stu procentach kompleksową. Zaczynając od samej oprawy graficznej zdobiącej ten krążek, poprzez kompozycje, a na klarownym brzmieniu skończywszy. Każdy, kto miał już możliwość wysłuchania dźwięków montowanych przez zespół w przeszłości, w obrębie stylu, generalnie raczej powinien wiedzieć, czego się może po DENEB spodziewać. Trzon ich twórczości został ten sam. To sprawna wypadkowa death i black metalu, co coraz częściej określane jest mianem blackened death metal. To co cechuje ten album, to wyraźny luz twórczo-odtwórczy oraz elastyczność tego co się w danej chwili kręci. Z pewnością duża w tym zasługa odpowiednich umiejętności muzyków, choć ja osobiście jestem przekonany, iż akurat w tej kwestii, z ich strony nie wszystko zostało jeszcze powiedziane. "Exoriare Aliquis Nostris Ex Ossibus Ultor" został stworzony na bazie mięsistych riffów, odpowiedniej porcji miejscami dość brutalnego śmierć metalu i wzorcowym dla czarnej polewki, siarczystym klimacie. Tylko, iż tym razem rybniczanie sięgają zdecydowanie po więcej, szukając upustu własnych wizji artystycznych, w elementach rodem choćby z progresywnych rejonów świata muzyki. Mocny, robiący wrażenie klimat, balansujący na agresywnym i jadowitym podłożu metalowego hałasu. Dobrze pracujące wiosła, wliczając w to solowe popisy gitarnika, niezła perka, wyraźnie słyszalny, gotujący się w boju basior i kapitalna jak dla mnie praca wokali. Do tego jeszcze smaczki z kobiecymi chórkami i melodyjny sosik. "Exoriare Aliquis Nostris Ex Ossibus Ultor" to krążek na którym dzieje się sporo, nie nudzi, a cieszy ucho. Zdecydowanie najlepsza produkcja z logo DENEB.

-

Skowron

V.A. - DIFFERENT STATE / SIGILL
„Spazmatic[k] Spell”
Zoharum Records

„Spazmatic[k] Spell” wydany przez Zoharum Records to album poświęcony pamięci Austina Osmana Spare'a, na którym znajdują się utwory dwóch projektów: DIFFERENT STATE i SIGILL. Kompozycje DIFFERENT STATE określane przez twórcę projektu jako Alchembient, gdzie przy pomocy przeróżnych sampli i loopów oraz tradycyjnych instrumentów dętych czy strunowych tworzony jest mroczno-nostalgiczny nastrój zatopiony w tajemniczości i futuryźmie. Utwory są bardzo transowe i klimatyczne, oscylujące pomiędzy takimi gatunkami jak Noise, Minimalism, Ambient, Electro czy Industrial. Z kolei SIGILL to projekt o bardzo miniamlistycznym nastawieniu do tworzenia własnych kompozycji. Utwory zawierają bardzo mroczne i futurystyczne dźwięki, pochodzące niczym z innego wymiaru, wywołujące transowy i psychodeliczny klimat, w którym panuje przerażenie i tajemniczość... Całość jest bardzo mroczna i mistyczna, a przede wszystkim oddziałująca na zmysły... Jeśli ktoś boi się ich postradania, nie polecam...

DIFFERENT STATE

Zoharum Records

Gnom

BISCLAVERET
"Amalgame"
Zoharum Records

Najnowszy album BISCLAVERET wydany w formie digipacka przez Zoharum Records prezentuje swoje utwory spreparowane przez inne zespoły, należące do szeroko pojętej sceny independent, a mianowicie: Moan, Endraum, Sleeping Pictures, Horologium, synta[XE]rror, Ghosts of Breslau, God’s Bow, Loverdozed oraz Hoarfrost. Wynikiem tego eksperymentu są jakby nowe oblicza znanych już fanom BISCLAVERET utworów. Album zawiera alchemiczną miksturę specyficznych dźwięków i nastrojów, gdzie minimalizm, ambient, electro i industrial przenikają się nawzajem tworząc przeraźliwie mroczny, futurystyczny i psychodeliczny klimat. Każda z kompozycji tworzy własny nastrój i wpływa na wyobraźnię, nasuwając różne obrazy i narzucając różne odczucia... strach, przerażenie, lęk... „Amalgame” jak i inne albumy BISCLAVERET przeznaczone są dla osób odważnie poszukujących alternatywnych rozwiązań w tworzeniu dźwięków. Dodatkowo na krążku znalazł się teledysk do utworu „Insane In God” idealnie ukazujący klimat jaki tworzy BISCLAVERET.

BISCLAVERET

Zoharum Records

Gnom

AS LIGHT DIES
"A Step Through The Reflection"
Mondongo Cannibale Rec

Powiem szczerze, iż muzyka AS LIGHT DIES generalnie do mnie zbytnio nie dociera, a nawet lekko męczy czy zwyczajnie wręcz nudzi (choć przy całym bogactwie zagrań i aranży, niektórym może wydać się to wręcz dziwne). Powód? Pewnie strasznie prozaiczny, gdyż jakoś szczególnie nie gustuję akurat w takim rodzaju grania. Ale żeby nie skwitować tego krążka ciepłym moczem z wysokości odpowiedniej, kilka słów rzec wypada. Hiszpańcy strasznie motają swoimi dźwiękami, a stylistycznie jest to niemożliwy do skreślenia w jednym słowie miks „lajcikowych” motywów z doom metalu, gothic czegoś tam czy folku, z ostrzejszymi cięciami rodem z death czy black metalu, przy jednoczesnym szalenie progresywnym charakterze ich muzyki. VED BUENS ENDE, ORPHANAGE, BORKNAGAR, OPETH – podobno w gusta słuchaczy/fanów tychże załóg celują ze swoją propozycją, a na ile im się to udało? Odpowiedzi na to pytanie, chyba każdy kto łyka granie wyżej wymienionych ekip, powinien poszukać indywidualnie. Osobiście myślę, że są dość kreatywni, a że pomysłów widać i słychać im nie brakuje (70 minut pieprzonego grania), to pewnie są w stanie się spodobać poszukiwaczom „dziwadeł”. Synkopowe rytmy, powykręcane zagrania, sensowne struktury, melodyjne sekwencje, melancholijne interludia, rozmaitość wokaliz, intrygująca atmosferyczność. Gdybym łykał takie tematy, pewnie rzekłbym iż bawią się Hiszpanie na wysokim pułapie twórczo/odtwórczym, a tak polecam uwadze ten krążek fanom eksperymentalnych i progresywnych dźwięków.

-

Skowron

PERVERSITY
"Words Like Poison"
Forensick Music

Kolejna porcja brutalnego łomotu sygnowana logiem labelu Martina z Forensick Music. Tym razem uderza słowackie PERVERSITY ze swoim dość karkołomnym jazgotem. „Words Like Poison” nie jest raczej krążkiem który jakoś szczególnie wyrwał mnie z butów, ale zaimponował mi swoją „poprawnością”, mocą i skutecznością. To co delikatnie mnie osobiście na początku odrzuciło od tego krążka, to brzmienie. Zdecydowanie, sound to najsłabszy punkt programu, i choć w pewien sposób zbliża się do osiągnięć brzmieniowych załóg rejestrujących swoje wymiociny w latach 90-tych, to akurat do zawartości „Words Like Poison” ma się tak trochę nijak. Muza na tej płytce jest dość wymagająca względem słuchacza. PERVERSITY generalnie nie mają w zwyczaju emitować prostych dźwięków, łatwo przyswajalnych, a już z pewnością pod względem czysto technicznym, niedorajdami muzycznymi zwyczajnie nie są. Sporo tu złamasów, zawijasów, przetykańców, ucieczek, zakrętów, niuansów, czy po prostu mocnego hamowania na pełnej prędkości, by po chwili ruszyć z rykiem na wstecznym. Ten albumik to dość zróżnicowana struktura aranżacyjna, i nie brak jej choćby zaskakujących zwrotów akcji, zmian temp, czy fajnie pomyślanych zwierzęcych wokaliz. A to generalnie nie wszystko, bo jest tu też pioseneczka, którą można by nazwać mniejszym lub większym, ale jakby delikatnie progresywnym graniem, ze szczyptą klawisza i interesującego klimatu - "Experience Of Death”. Mimo iż PERVERSITY sprawiają chwilami wrażenie, jakby ni z tego ni z owego nagle opuściło ich życie, a kwestię brzmienia puściwszy zupełnie w niepamięć, to mogą się podobać, zadowalając przy tym dość wybredne gusta. Ja jednak euforyczne uniesienia zatrzymam na bardziej stosowną chwilę. Miejmy nadzieję, że właśnie z ich udziałem.

-

Skowron

WAR FOR WAR
„Kovy Odjinud”
Naga Prod.

To już trzeci album Czeskiego solowego projektu WAR FOR WAR. Od samego początku materiału nasuwają mi się skojarzenia z Polskimi kapelami z kręgu Pagan Metalu z lat 90. Być może dlatego, że w muzyce WAR FOR WAR słychać bardzo specyficzne brzmienie, które towarzyszyło wielu tego typu kapelom, jakby nagrywane w domowym studio (aczkolwiek nie mam nic do zarzucenia – brzmienie jest dobre) oraz przede wszystkim ze względu na teksty w ojczystym języku Czecha. Muzyka WAR FOR WAR to Black Metal o dość zróżnicowanym tempie, miejscami nawet bardzo szybkim, wypełnionym gitarowymi „szesnastkami” i perkusyjnymi blastami, czy też wolniejszymi tematami. Podstawę muzyki tworzą oczywiście blackowy wrzask, automatyczne rytmy perkusyjne oraz szybkie gitary, typowe dla pagan/black metalowych patentów, jak i zawierające dozę progresywnego grania i melodii. Brzmienie gitar jest ostre oraz trochę surowe co tworzy specyficzny nastrój. Ogólny klimat jest bardzo złowieszczy, wypełniony agresją współgrającą z charakterystyczną melodyką, czasem delikatną melancholią, podkreślaną przez akcentujące klawisze. WAR FOR WAR trochę przypomniał mi nie istniejący już Polski Pagan Metalowy band MEMORIA VETUS oraz pierwsze dokonania THY WORSHIPER. Na zakończenie dodam, iż album zamyka cover MASTER'S HAMMER odśpiewany w czeskim języku - „Vykoupeni”.

WAR FOR WAR

Gnom

STAHLMANTEL
"Satan Snuff Machine"
Metalrulez Prod

Ciężko w obliczu takich krążków pisać w tonie : „mus, obowiązek, nie do przejścia”. Choćby tylko dlatego, iż nie jest to typowy, oblatany setki razy przez innych grajków temat muzyczny, a pewnie też i nie wszyscy łykają takie nie zupełnie nie/metalowe granie. Choć STAHLMANTEL istnieje od 1999 roku, to dopiero w chwili obecnej wiem, że coś takiego błądzi po odmętach sceny podziemnej. Co prawda, sami muzycy to już są persony zupełnie nieanonimowe, bo parszywymi łapskami tworzyli już „pieśni” zniszczenia w BETHLEHEM, DEINONYCHUS, LORD GORE, ABAZAGORATH, IN MEMORIUM. Co prawda, nie kojarzyłbym zawartości „Satan Snuff Machine” jako takiej czy innej kontynuacji dźwięków płodzonych uprzednio w wyżej wymienionych hordach. Ten stuff, to obłąkana podróż w głąb tej najbardziej pojebanej, chorej i mrocznej strony ludzkiego umysłu. Odczłowieczona, zimna i ponura forma industrialnego black metalu, i choć może niektórym wydawać się to lekko niedorzeczne, to jest to bardzo pojechana część ludzkiej jaźni. Klaustrofobiczny klimat, jest tutaj ukrytą bramą do lęku, ohydztwa, barbarzyństwa i elastycznej zmiany tożsamości. STAHLMANTEL ma swój styl i własne oblicze, ale tak samo potrafi być zmienny i znakiem Doktora Jekyll'a i Ms Hyde'a swoją psycho-transmisją uwalnia kolejne, głodne schizofrenicznej paniki potwory. „Satan Snuff Machine” jak dobry „koks” rozlewa się toksyną po krwiobiegu i uzależnia. Z tej płytki jątrzy się dźwiękowy trans w obliczu którego mózg uruchamia projekcję chorych obrazów. Bez naciąganych teorii i zdań pełnych euforii, ale można się zagubić w ich ponurej i brudnej „cyber przestrzeni”.

-

Skowron

THRONEAEON
"Godhate"
Forensick Music

Bardzo późno dostałem ten krążek do opisu od Martina z Forensick Music. I choć sama zawartość tej płytki była mi już jak najbardziej znajoma, to w kwestii recki, nie miałem jeszcze okazji....ale jak widać, co się odwlecze to nie uciecze. Ano skrobnąć słów kilka wypada po pierwsze dlatego, iż wydawca zespołu by się na mnie pogniewał gdybym tego nie uczynił hie hie, po drugie stuff to przedniej jakości i nie warto przejść obok niego obojętnie, karmiąc się empikową przeciętnością, a po trzecie ostatnie i najważniejsze, o zespole (dzisiaj już pod nazwą GODHATE) niewiele co słychać, by nie powiedzieć iż w zasadzie nic. Ja osobiście mam cichą nadzieję, iż jest to zaledwie cisza przed burzą i wreszcie rzucą mięchem prosto w zęby śmierć metalowym padlinożercom. Ale do rzeczy. Duże zróżnicowanie, chwytliwość, melodyka, spójność, dopracowanie i zgranie – to jedne z głównych cech/grzechów popełnionych przez Szwedów na „Godhate”. Do tego warto dorzucić sprawność motoryczną, ciekawe pomysły i choć może nie naj świeżej brzmiące, to mocne aranże, do których nie można podejść pasywnie. Mijają latka, płytka się starzeje, to jednak nie jest to materiał, który odkłada się na półkę i zapomina, a po długim czasie z lenistwa odgarnia się z jego plastikowej opakowki, grubą, zaległą warstwę alergennego kurzu. THRONEAEON uderza mocno zaciśniętą piąchą i wierzcie mi, robią wcale niemałe kuku. Podobno jest to europejski substytut DEICIDE. Nawet jeśli, to mam to głęboko w dupsku, bo chłopy są dobre w tym co rzeźbią w THRONEAEON. Kto jeszcze nie słyszał, niech odkupienia swoich błędnych decyzji szuka w dobrych distros w naszym lub też nie państewku.

-

Skowron

SORDID
"Armed To Their Grinning Teeth"
Forensick Music

W sumie to nie wiedziałem, że CANNIBAL CORPSE przeniosło się do Szwecji hie hie. No to chyba jest jasne, skąd chłopaki z SORDID czerpią swoje muzyczne inspiracje?! O nadmierną świeżość i oryginalność na tym krążku raczej będzie trudno, ale co do samej muzyczki, większych zastrzeżeń mieć nie można. „Armed To Their Grinning Teeth” to całkiem wyczesana, brutal death metalowa młócka ze szczyptą plączącej się tu i ówdzie melodyki. Ta specyficzna nić melodii, to chyba z racji przynależności narodowej się tutaj pałęta, jak na Szwedów zresztą przystało. Ale pominąwszy ten fakt, na tym krążku udało się chłopakom upchać całkiem pokaźną ilość ciekawych pomysłów. Muzycznie i aranżacyjnie, ten stuffik stoi na całkiem wysokim poziomie, a i od strony czysto technicznej, SORDID do ułomków zupełnych zdecydowanie nie należy. Sporo w tym wszystkim złożonego mieszania, niuansów, zmian temp i połamanej rytmiki. A i fajnie pokombinowanych wokaliz też nie da się tutaj pominąć (znowu CANNIBAL CORPSE się kłania, a w rzeczy samej barwa gardła Corpsegrinder'a). Muzyka jest bardzo dynamiczna, sporo tu wściekłości i spoko rozbujanych prędkości. I jeszcze jedno co przykuwa uwagę, to brzmienie. Jak na brutalnego deciora, zbytnia czytelność dźwiękowego przekazu może czasem odstraszać, ale bez obaw! SORDID niewiele mają wspólnego z sanepidem, i potrafią zatroszczyć się o adekwatną stylistyce bolesną infekcję. Jest dość przejrzyście to fakt, ale ciągle z pazurem i glanem lądującym pod żebrami! Generalnie, to głównie amerykańsko brzmiące granie, ale z osobliwym, europejskim charakterem. Puszczając w niepamięć wszelkie podobieństwa do starszych kolegów po fachu, mogą się podobać. Ba, nawet ciężko odlepić od nich uszu!!!

-

Skowron

ACRIMONIA
"Beethoven Is Dead"
CD '07

Jak sami muzycy określają „muzyka ACRIMONII to wypadkowa rożnych zainteresowań muzyków: death, jazz, jazzrock, progressive metal” co wyraźnie słuchać na ich najnowszym wydawnictwie. By stworzyć taką wyśmienitą miksturę dźwięków trzeba posiadać nie lada umiejętności muzyczne co z powodzeniem udowadniają muzycy... Każdy z 9 utworów posiada bogato rozwiniętą kompozycję riffów i akcentów muzycznych, które bardzo często zaskakują swoimi tematami, niejednokrotnie nagle zmieniając tempo czy klimat. W muzyce ACRIMONII nie brakuje zarówno ciężkich death metalowych riffów, czy mocnych wokali jak i technicznych heavy/thrashowych zagrywek oraz progresywnych jazzrockowych melodii, czy nawet motywów flamenco, jak i neoklasycznych solówek. Miejscami tło wypełnione jest przez minimalne partie klawiszy, które wzbogacają klimat panujący w obecnej chwili. Całość utrzymana jest w średnio-szybkich, często skomplikowanych tempach z pojawiającymi się zwolnieniami. Wszystko ogólnie buduje bardzo poschizowany klimat, gdzie maniakalny nastój miesza się z melancholijnymi stanami. Bardzo trudno jest podać jakieś muzyczne asocjacje aczkolwiek może słychać odrobinę CYNIC, PESTILENCE czy byłej GEISHA GONER.

ACRIMONIA

Gnom

VIRGIN SIN
"Brotherhood Of Freaks"
Mondongo Canibale Rec

Choć ja osobiście spotykam się z tym zespołem pierwszy raz, to podobno skurczybyki działają już od 1983 roku. Jak wieść gminna niesie, pierwotnie muza tych Szwedów opierała się na inspiracjach heavy metalowych korzeni, od zespołów pokroju BLACK SABBATH, KISS (do dziś został im ten sam kiczowaty image) czy ALICE'a COOPER'a. Jak to wszystko brzmiało? Jaki miało wygląd i przydatność dla ucha metalowego maniaka? A cholera go wie?! Nie słyszałem, więc ściemniać nie będę. Podobno tu i ówdzie mówiło się o nich jak o pierwszym w historii szwedzkiej sceny band'ziej black metal. Jedno jest pewne, dziś VIRGIN SIN to czysto thrash metalowe granie. To co słychać w nich głośno i wyraźnie, to wręcz nachalne uwielbienie dla dokonań METALLICA (wokal jest wręcz żywcem zdarty) SLAYER i niemieckich weteranów jak SODOM czy KREATOR. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, kołaczą się bardziej współczesne brzmienia i chyba w mniejszym procencie pomysły lepione z podobnej gliny co JUDAS PRIEST. Sami o sobie piszą krótko - „The Gods of shock metal”. Lekka to przesada, bo pominąwszy już aspekty muzyczne, to nawet lateksowe wdzianka na ich cielskach nie zrobią już chyba na nikim większego wrażenia. Muzycznie to całkiem poprawny krążek. Można powiedzieć, iż niczym zupełnie się nie wychyla przed szereg podobnych albumów, ale też raczej nie wygląda jakoś szczególnie blado. Fakt, brak zupełny oryginalności rzutuje na VIRGIN SIN w sposób mało korzystny, ale muzycznie, pomysłami i chuj wie czym tam jeszcze, są czasem w stanie się spodobać, choć na dłuższą metę trochę przynudzają. „Brotherhood Of Freaks” nie jest jakoś strasznie szybkim graniem, do najwolniejszych też z kolei nie należy. Nie eksploduje technicznymi fajerwerkami, ani nie należy do wyników ułomności twórczej. Jest trochę dobrych rytmów, niezłego motoru, przyzwoitych zagrań, paru nawet kopiących w dupsko utworów, i generalnie to wszystko. Grają, bo grają, jakoś im to wychodzi, ale bez większych rewelacji. W sumie to sam nie wiem, co jest w ich przypadku większe – rozczarowanie czy korzyść z tego co robią?! Nie powiem, że nie, bo chwilami mogą się podobać, ale góra na kilka przesłuchań!

-

Skowron

DECEPTION
"Nails Sticking Offensive"
Old Temple Rec

Przyznam, że dość niecierpliwie czekałem na nowy wypust DECEPTION, ciągle mając w pamięci świetny „Nuclear Wind”. No i wreszcie stał się dzień, kiedy "Nails Sticking Offensive" zaczęło się kręcić w moim odtwarzaczu i pewnie wszystko było by pięknie, a moje cierpliwe wyczekiwanie sowicie wynagrodzone gdyby nie fakt, że po wysłuchaniu tego krążka, przyszło lekkie znurzenie i chyba jeszcze większe rozczarowanie. Moim skromny zdaniem, "Nails Sticking Offensive" to chyba najsłabszy album jaki do tej pory spłodziło DECEPTION. Kurwa mać, diabeł ich opuścił czy jak?! Ten band zawsze generował mocno techniczne, pokręcone, mordujące swoją intensywnością dźwięki w takt zabijających prędkości, i z nowym krążkiem ciągle idą tą samą drogą, tylko tym razem, jakby delikatnie zaczęło ich ściągać do rezerwy. Nowa odsłona tego trio to jeszcze bardziej zawiła, pogmatwana i bardziej chora twarz demona, umieszczona w oku rozpędzonego cyklonu, nawałnicą pustoszącego otoczenie, które znajduje się w jego bezpośrednim kontakcie, z potężną dawką chaosu, którego miejscami odnoszę wrażenie, iż nikt nie kontroluje. Nowy DECEPTION jest zdecydowanie bardziej bezduszny, jadowity, i chyba najbardziej jak do tej pory bluźnierczy, zresztą ciągle rzucając sól w oczy chrześcijaństwa. Wydawałoby się, że wszystko jest naprawdę pięknie i czego chcieć więcej?! Ano mi tu właśnie tego czegoś zdecydowanie brakuje. Może to przez brzmienie, które jest jakby takie puste, w którym sporo rzeczy gdzieś niknie, a może to przez gęstą, upchaną zawijasami, opętanymi spazmami ścianę zwierzęcego ryku wszystkiego jednocześnie, bez przestrzeni.... Lubię krążki wymagające, nie gasnące po jednym przesłuchaniu, pokręcone i złożone, ale "Nails Sticking Offensive" zdziera się w moim pożeraczu już od dość długiego czasu, a ciągle pozostawia po sobie taką dziwną pustkę, jakby niebytność tego co się przed chwilą wydarzyło. Poprostu nie wchodzi mi i już! A nawet jak już cosik się legnie pod czaszką, to jeszcze szybciej zdycha. Nie zrozumcie mnie źle. Uważam "Nails Sticking Offensive" co mocny punkt programu polskiej sceny death metal (BEHEMOTHa tu czuję jakby ociupinkę), tylko zamiast oceny celujący lub bardzo dobry, mogę wystawić jedynie dobry na szynach. Znowu czekam na kolejne uderzenie, tylko tym razem, liczę na więcej! A może dupa ze mnie i sam nie wiem czego chcę?!

-

Skowron

VULVATHRONE
"Bukkake"
On Parole Prod

Z taką nazwą, człowiek bardziej spodziewałby się toporków, corpsepaint'ów i ludzi lasu, niż grind death'owej mielony. I cóż rzec?! To je dobre! Szalone, szybkie i agresywne, przywodzące na myśl brutal death metalowe kanonady tym samym zdradzające pewne ciągoty Słoweńców w tą właśnie stronę, do tego równie brutalne, ale bardziej miażdżące średnie tempa, rasowy buldożer rzygający w siatkę mikrofonu, kapitalnie pracujące wiosełka i deflorujący lubieżnie ośrodki słuchu basik. Na “Bukkake” znalazło się 12 piosenek, których struktury są w pełni kompleksowe, świetnie ułożone i dopracowane (cztery z nich znalazły się pierwotnie na debiutanckim demo zespołu). Perwersja, porno liryki, wstawki z filmów dla dorosłych, czasem jakiś grind'n'roll'owy patencik, mocne brzmienie i certyfikat najwyższej jakości w fachu zawodowych rzeźników. Jak łykacie stary CARCASS, LIVIDITY, DISGORGE czy CBT dla przykładu, to tego krążka przegapić wręcz nie możecie. Mnie to pizga po dekielku - BUY OR DIE!!!!!!!!! I to by było na tyle.

-

Skowron

DECHRIST
"Strong Men On Drugs"
Cd '05

Z takim graniem, raczej niczego konkretnego ten band nie zwojuje. I raczej niewiele pomoże im podciąganie swojej muzy pod KATAKLYSM z racji tego, iż jeden z dwóch członków tworzących DECHRIST swego czasu maczał przez jakiś czas swoje paluchy w tym death metalowym combo. Przede wszystkim na niekorzyść "Strong Men On Drugs" działa cienkie jak gówno węża brzmienie, i raczej czterodniowa sesja nie tłumaczy tu niczego, bo słyszałem materiały nagrane na setkę, a mające sound który potrafi miażdżyć. Jedna, wielka kanonada uderzeń perkusji na mega prędkościach w tle której słychać czasem jakiś przyzwoity gitarowy czy wycinany przez klekoczący bass motyw, a jeszcze rzadziej słychać przeciskający się przez gęstwinę uderzeń wrzeszczący wokal. Miało być death metalowo, a wyszło też coś na przecięciu śmierć i black metalu. Trochę szkoda, że to się tak lipnie prezentuje, bo warunki na stworzenie czegoś interesującego ta ekipa ma z pewnością, a i ja sam oczekiwałem czegoś więcej po tej załodze. No cóż, na razie na lekkim pierdnięciu się skończyło, a czy będzie jeszcze coś o DECHRIST słychać w przyszłości, chyba zależy już tylko od nich samych. Na razie jest mizernie!

dechrist666@yahoo.com - www.dechrist.net

Skowron

HOLY SHIT B.S.E
"Fetish Coprological Trauma"
Gore And Blood Prod

No i bardzo udany debiucik wysmażyli kolumbijscy brutaliści. Choć ciężko dziś o oryginalność i innowacyjność w obrębach konkretnego stylu, to przyznam, iż w przypadku HOLY SHIT B.S.E nie można powiedzieć, co by się chłopy jakoś szczególnie gubiły w swoich pomysłach, tudzież rozmieniały na drobne, rozmydlając przy tym własny wizerunek. Band to dla mnie jak najbardziej poukładany, precyzyjny w zadawaniu ciosów i do tego całkiem dobrze brzmiący. Patrząc na coverek zdobiący “Fetish Coprological Trauma” można mieć trochę mylne wrażenie obcowania z typowo porno gore grind'owym zespołem, co akurat wewnętrznie okazuje się mieć jedynie góra połowiczne przełożenie na tworzoną przez Kolumbijczyków muzę. HOLY SHIT B.S.E czerpie inspiracje z co najmniej kilku źródeł takich jak ciężki, toporny decior, typowy dla amerykańskiej sceny brutal death, a dopiero gdzieś w tym wszystkim mieszcząc miażdżące, masywne gore grind'owe napieprzanie. Przyznam, iż bardzo płynnie te wszystkie wpływy się uzupełniają, a sam zespół choć nie tworzy jakoś szczególnie technicznej muzyczki, to prezentuje bardzo dojrzały poziom własnych pomysłów. Jest sporo rozpędzonych blastów, morderczych, dobitnych riffów, ale też i cała masa zmian temp. W zasadzie cały album cechuje zmienność. Od wściekłych, nie do zatrzymania blaściorów, aż po skrajnie miażdżące, ciężkie, walcowate pochody. Lirycznie to już raczej perwersyjne i mokre przygody tej popapranej czwórki z Bogoty - “Dildo Army Attack” czy “Perverse Silicone” dla przykładu. MANIAC AGRESIVE AND BIZARRE – czyż nie brzmi to słodko?! Polecam!

-

Skowron

GALLILEOUS
"Passio Et Mors..."
Redrum666

Kto by się spodziewał, że doomowcy z Wodzisławia Śląskiego powrócą po tylu latach. Po wydaniu dwóch demówek ( „Doomsday” w 1992 roku i „Passio Et Mors...” w 1994 roku) nastąpił rozpad zespołu w 1995 roku. I nagle w nieco odmiennym składzie zespół zmartwychwstał wydając ponownie w 2007 „Passio Et Mors...” pod szyldem krajowej wytwórni Redrum666. GALLILEOUS obecnie szykuje wydanie debiutanckiego albumu „Ego Sum Censore Deuum”. Ale póki co zajmijmy się reedycją „Passio Et Mors...”, która być może sprawi, że wielu pogrążonych w letargu maniaków Doom Metalu wyjdzie na żer. Jak wspomniałem owe demo pochodzi z 1994 roku, aczkolwiek na dzień dzisiejszy nie mam pojęcia czy zostało ono ponownie zarejestrowane, czy po prostu materiał z tamtych lat zremasterowano i wypuszczono na płycie kompaktowej. „Passio Et Mors...” to ciężki, przeraźliwie wolny i pogrzebowy Doom Metal z totalnie monstrualnym growlingiem i okazjonalnymi zsamplowanymi wstawkami pogłębiającymi ten ponury, mroczny i czasem psychodeliczny nastrój. Muzyka tutaj snuje się powoli i złowieszczo unikając wszelkiego dziennego światła... uwodzi hipnotycznymi paramelodiami by w końcu zmiażdżyć swoim monumentalnym tonem. Co prawda aranżacje są bardzo proste i przygnębiające, a klimat jaki tworzą jest raczej zarezerwowany dla zagorzałych fanatyków tego typu grania. Porównując muzykę GALLILEOUS można wymienić takie bandy jak UNHOLY, WINTER, SKEPTICISM czy SPINA BIFIDA. Osobiście jestem bardzo ciekaw kolejnego wydawnictwa!

GALLILEOUS - REDRUM666

Gnom

BILE
"The Shed"
No Escape Rec

Już raz BILE znęcał się nade mną tym „mini” i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo przy pełnej adoracji moich uszu. Nic nowego nie napiszę względem tego materiału, oprócz kilku wzmianek czysto historycznych w odniesieniu do „The Shed”. Stuff ten został pierwotnie wydany jako Epka w 2000 roku, robiąc niemałe zamieszanie na scenie gore grind'u. Posypały się pozytywne recki, materiał skopał kilka tłustych dupsk, dając tym samym przepustkę zespołowi na deski scen kilku liczących się festiwali i koncertów odegranych w doborowym towarzystwie. Z perspektywy czasu, „The Shed” nie daje ciała, ciągle celnie trafiając do celu. Krwisty gore grind, okraszony samplami z filmów grozy, fruwającymi dookoła flakami, lejącą się strumieniami, lepką, ludzką juchą i całą masą tym podobnych ozdobników nurtu gore. Patrząc na ten krążek teraz, nie wydaje mi się on jakoś szczególnie odkrywczy, ale ciągle uważam go za mocną i dobrą pozycję mięcha pierwszej klasy. Bież ta, bież ta bo moc jest z nimi hie hie!

-

Skowron

Next / Kolejne   Next / Kolejne   Next / Kolejne  

WSPIERAMY!!!