SOULLESS
"Summoning Heresy"
MetalruleZ Prod

Być może wszelkie wznowienia „Total Desecration”, wszelkie wydania w egzotycznych krajach to był fenomen na skalę naszego podwóreczka czy samego zespołu, a z pewnością wielu było przeciw niż za. Z pewnością również nie każdy trawił tamten stuff bez popitki, komuś mogły się przyprawić wrzody przy nieprawidłowym spożyciu tamtego materiału. To wszystko to tylko „być może” zimna spekulacja nie potrzebna, nieważna, na którą traci się tylko czas. Ale wyraźnie od wydania „Peri Psyches” SOULLESS złapał potężny podmuch niszczycielskiego, piekielnego i śmierć metalowego tsunami, emanując rewelacyjnymi pomysłami i zabijającą świeżością. I nawet gdyby uprzeć się, że katowiczanie eksplorują tylko na swoją modłę stare, sprawdzone patenty, to robią to z taką siłą, że tylko pierwotny chaos może Was uratować he he. W zasadzie to kurewsko bardzo chciałem sprawdzić zawartość „Summoning Heresy” na własnych uszach, choćby na sam wzgląd na wspomnianą już „Peri Psyches”, która mnie sponiewierała dokumentnie bezlitosnym oraniem mózgowia w tą i z powrotem, infernalnym hałasem, piekielną siłą i autentycznie, wysokim poziomem. I po raz kolejny, Daro & Co. zrobili mi z dupy jesień średniowiecza. Przede wszystkim „Summoning Heresy” to zupełnie inne oblicze zespołu, aczkolwiek to ciągle twarz demona wkurwionego na wszelkie świętości. Pięć utworów z tej kasetki przynosi soniczny terror, rozpętany przez upadłe anioły, którym dawno znudziła się kliniczna biel, a dziś ich skrzydła ociekają lepką mazią krzepnącej krwi. „Summoning Heresy” jest duszny, cholernie techniczny, połamany, pozawijany, bezlitosny i łamie gnaty za każdy razem, kiedy tylko wyczuje chwilę słabości. Są bezlitosne gonitwy i zarazem ucieczki z unikami. Okrutny wokal i niosące sodomię solówki. Jeżeli poprzednie nagrania katowiczan stawały poniektórym kołkiem w przełyku, to tym razem nie będzie inaczej, tego jestem wręcz pewien. Ano choćby tylko dlatego, że SOULLESS zmontował stuff niejednoznaczny, nieprzystępna i z zębem. „Summoning Heresy” to nowy rozdział, nowa droga którą przetacza się armia zagłady, lecz ciągle usłana boleśnie kaleczącymi niewiernych cierniami. Słuchajcie dzieci dorosłych – niebezpiecznie jest się bawić granatami, a jak już nie ma on zawleczki, to dupa w troki i dłuuuga!

-

Skowron

HAEMOTH
"Satanik Terrorism"
Debemur Morti Prod

Nawet nie znając twórczości HAEMOTH osobiście, chyba patrząc na tytuł ich płytki, nie powinniście mieć większych problemów z domysłem, że chodzi o czarną polewkę, i morze ognia oraz smoły. Tak jest w istocie. Francuzi mają pakt z diabłem, a że rogaty to wymagający Pan, więc chłopaki ku jego chwale tworzą anty ludzkie, odhumanizowane, bluźniercze i pełne nienawiści hymny. Siedem utworów z „Satanik Terrorism” niesie ze sobą lodowatą porcję czarnej polewki, inspirowanej skandynawskim duchem (coś jakbym chwilami MARDUKa słyszał), zagranej w średnich tempach, przy akompaniamencie szybszych eksplozji furii. Jak na tak ponure i brudne granie w jakim nurzają się dźwięki HAEMOTH, udało się tej hordzie wypracować całkiem przyzwoite brzmienie, które jakby nie patrzeć, jest pewnym zaskoczeniem. Francuzi stawiają na atmosferę, może nie tyle podniosłych patosów, ale sztormu oraz wściekłości. Nie da się również określić ich grania prostym substytutem twórczym, bo umiejętności są jak najbardziej odpowiednie, a sama technika wyrażania pomysłów, daje ciekawe patenty. Black metal, black metalem, ale ciągnie ich trochę w stronę tharsh'owego zacięcia, zwłaszcza w pracy gitar, i sposobie pisanych riffów. Jest ekstremalnie, i nawet momentami dość przytłaczająco, kiedy do głosu dochodzą mielone riffy gitarników. Przyzwoity materiał, nie powiem.

MYSTIC ARTS/DMP; Bât. A - Esc. B; 120 rue du Président Roosevelt; 78100 Saint Germain En Laye; FRANCE

void@debemur-morti.com -

Skowron

THY DISEASE
"Neurotic World Of Guilt"
Metal Mind Prod

Muzyczne dokonania krakowian, śledzę od pierwszej ich dużej płytki, więc nie mogę nie zauważyć, że THY DISEASE zmienia się nieustannie, a jak na moje ucho, podążając w kierunku coraz to cięższego brzmienia, większego temperamentu, jak i większej uszczypliwości swojego łomotu. To ciągle jest spory podkład melodyki, a klawiatura w dalszym ciągu spełnia ważną rolę przy montowaniu poszczególnych utworów, ale mimo tego faktu, jest zdecydowanie ciężej, niż choćby na poprzednim krążku tego zespołu. „Neurotic World Of Guilt” jest bez wątpienia albumem pełnym nietuzinkowych dźwięków, które choć są dość łatwo strawne, to mają w sobie masę niebanalnych zagrań, przez co nie idzie narzekać, że po odsłuchu tego stuffu ma się tylko bolesne wrzody na żołądku i nic poza tym. THY DISEASE cechuje potężna dynamika, niemała klarowność niemal w każdym elemencie, ale i niemała zadziorność, której w sukurs idzie odpowiedni ciężar i jakby nie patrzeć, przyzwoita brutalność. Całość wysmarowana jest klimatem nie tyle melodyjnym, co wręcz zdrowo zakręconym, sprawiającym wrażenie psychodelicznych ucieczek w interesujące rejony. W gitarach przybyło mięsa, a i sama sekcja stawia potężną ścianę mocnego hałasu. Sporo tu typowo śmierć metalowego łojenia, przeplatanego czarną polewką z pikantnymi zagrywkami parapetu. Swoją drogą, klawisze na „Neurotic World Of Guilt” to instrument, którego pracy należy się co najmniej szacunek, a zwykłe chałturzenie po wsiach, nie ma tu z nim nic wspólnego. W odpowiednich rękach, może to być as z rękawa, a na tym krążku potrafią one uderzyć jak piorun. THY DISEASE zmontowało wciągającą turbinę, może nawet niebezpieczną w bliższym kontakcie. Ich akcje idą w górę i to wyraźnie – jak do tej pory, zdecydowanie najlepsza ich produkcja!

-

Skowron

THY DISEASE
"Rat Age (Sworn Kinds Final Verses)"
Empire Rec

„Neurotic World Of Guilt” to najlepsza produkcja THY DISEASE? Tak myślałem, zanim nie dobrałem się do nowego wypustu krakowskiej załogi. Mowa oczywiście o „Rat Age (Sworn Kinds Final Verses)” na którym wyraźnie zespół pokonał kolejne piętro swojej „edukacji” muzyczno-kompozytorskiej, a pułap z jakiego obecnie atakują moje uszy, miejmy nadzieję, będzie windował tylko w górę. No cóż, chyba się powtórzę, ale THY DISEASE po raz kolejny pokazał, że ciągnie go w coraz brutalniejsze rejony muzykowania, mimo iż w dalszym ciągu obecna jest tu praca klawiatury. A skoro o klawiszach mowa, jak dla mnie osobiście, ten instrument dziś jest bardziej podkładem, niż niezbędnym narzędziem twórczym w szeregach THY DISEASE, choć nie umniejszam jego roli, próbując go zepchnąć do zupełnego zera. Cube w dalszym ciągu ma sporo do zaoferowania, i korzysta z parapetu w sposób nietuzinkowy, niebanalny, etc., etc. Ale chyba słyszeliście to już tyle razy, że nie ma co się powtarzać. „Rat Age (Sworn Kinds Final Verses)” cechuje się jeszcze większą świeżością, większym pokładem agresji, większą odwagą, lepszym balansem pomiędzy ciężarem, i niemal perfekcyjnym przejściem z wściekłości w melodykę, której nigdy nie brakowało temu zespołowi. Te załamania klimatu, zmiany charakteru są niczym żonglerka dźwiękami, patentami, zagraniami. THY DISEASE nie unikał i nie bał się eksperymentów na żadnym swoim krążku, a obecna kondycja kapeli chyba już na dobre zerwała mocne łańcuchy wszelkich barier. Oryginalność?! Czemu nie, a nawet można i chyba powinno się powoli przyzwyczajać do tego słowa w obliczu „Rat Age (Sworn Kinds Final Verses)”. Oczywiście, wszystko w ramach dobrego smaku, i lepiej nie zagłaskać „kota”, żeby nie było potem jęku zawodu he he. Potęga pomysłów, a chęci to również w ich przypadku wiedza, jak dotrzeć do celu. Śmierć metalowa nuta, której obecnie tylko towarzyszą black'owe patenty i elektryzm klawiszy. Jest ekstremalnie, agresywnie, a chwilami nawet chciałoby się powiedzieć, że piekło liże wężowymi jęzorami. Mocna produkcja, magnetyzm i kupa grania, które wciąga, i długo trzyma w kleszczowym uścisku.

-

Skowron

ZUBROWSKA
"Family Vault"
Xtreem Music

Cios za ciosem. Bez dwóch zdań, nowa propozycja Francuzów, może rozłożyć na łopatki. Już debiutancki krążek ZUBROWSKA dał do myślenia, dokumentując fakt, iż nie byle cioty zebrały się do kupy, czego efektem był niebezpieczny atom naładowany furią i przede wszystkim potężną dawką morderczej muzy. Kto nie słyszał, to dał ciała, a przynajmniej może się jeszcze zrehabilitować, szukając "One On Six" w colepszym distro w Polandzie. Dave “zgniłek” miał niebylejakiego czuja, zakładając smycz tej załodze w postaci odpowiednich papierków. Sprawy marketingowe Xtreem Music to nie moja para kaloszy, ale zdziwiłym się, gdyby coś im się nie zwróciło po wydaniu „Family Vault”. Zresztą, jebał to pies. Najważniejsze jest w chwili obecnej to, iż żywy i umuzykalniony bilbord znanego powszechnie alkoholu z woltami równo uderzającymi pod czaszeczkę, ani przez chwilę nie odpuszcza, a ich start z wysokiego pułapu twórczego, nie był jednorazowym wybrykiem. ZUBROWSKA poraz kolejny uciekła monochromatyczności, powodując u mnie niemałe zakłopotanie i paniczne szukanie schronienia przed ich kolejnymi atakami i napadami szału. „Family Vault” nie ma barier, a jedyne co ich ogranicza, to trzymanie fasonu i chęć ciągłego przesiadywania na wysokim szczeblu kompozytorskiej mocy. I niema bata, żeby ktokolwiek przy odsłuchu tej płytki, chociaż raz nie wpadł w pułapkę, nie czując się zaskoczonym. Francuzi to bogactwo dźwięków, aranże i zagrania że mucha nie siada, a sama muzyczka zespołu, to conajmniej stuff wymagający i nieprzewidywalny. Oni wręcz żąglują zagraniami, chyba dobrze się przy tym bawiąc. Ale co tam, skoro finał jest powalający. Jest mieszanie, łamańce, śrubowanie, plastelinowa zręczność, ale też powiedzmy sobie bardziej proste formy wyrazu, przez co zawartość „Family Vault” centralnie uderza w dekiel. Deathcore? To zdecydowane zuborzenie w kwestii szuflady twóczości tego zespołu. Owszem, death metal czy hc to jedne z głównych wykładni na jakich opiera się ZUBROWSKA, ale jest też grind, sporo miejsca na eksperymenty, a choćby same wokale, to jeden wielki kocioł, ocierający się chwilami o czarną polewkę. Dobra, starczy tego wyżywania się na klawiaturze. Pełna rekomendacja! Jakoś gwarantowana!

c/o Julien Deyres; 1 Rue Pons Capdenier; 31500 Toulouse; FRANCE

info@zubrowska.com - www.zubrowska.com

Skowron

CADAVER MUTILATOR
"Hate Incubator"
demo '05

Wracamy do Italii, co bardzo cieszy bo ziemie dotąd nieurodzajne w ciężkie granie, stopniowo, ale widocznie zaczynają odżywać, rodząc coraz to częściej dobre, brutalne owoce. Tym razem jest na razie tylko cztero-utworowe demo, za to są to piosenki przyzwoicie miażdżące, osadzone w potężnym brzmieniu i ciężarze, wsparte głównie średnio szybkim i szybki graniem, z gwałtownymi napadami blastów oraz walcowatymi wręcz chwilami zwolnieniami. No może z tym walcem to trochę przesadziłem, ale są momenty, kiedy CADAVER MUTILATOR przetacza się całą swoją masą, sprawiając wrażenie przemarszu armii zagłady. Sam zespół próbuje zamknąć swoje granie w szufladzie „brutal death metal”, aczkolwiek ja mógłbym się tu trochę posprzeczać he he. Jest brutalnie i owszem tylko tak bardziej w tradycji śmierć metalowych korzeni, choć old school w typowym wydaniu też nie ma miejsca na „Hate Incubator”. Włosi korzystają również z grind'owych smaczków, szalonych uników, gwałtownych zrywów, proste, tępe riffowanie znalazło na tym demo swoje ujście. Masywne brzmienie, trochę przegniłe i przybrudzone, niezła słyszalność, a co za tym idzie, zawartość „Hate Incubator” szybko zagnieżdża się pod czaszką, i żaden egzorcyzm nie da rady wypędzić tego stuffu z powrotem. Dobry materiał, gra warta świeczki, czekam na więcej.

Mercurio Paride; Via MM, 54 bis; 90100 Palermo; ITALY

cadavermutilator@libero.it - xoomer.alice.it/cadavermutilator

Skowron

MASACRE
"Total Death"
Xtreem Music

Takie krążki albo się kocha albo nienawidzi. Ja zaprzedałem swoją skołataną pikawkę już dawno tej Kolumbijskiej załodze, kiedy zło he he postawiło na mej zbuntowanej drodze takiego molocha jak „Requiem”, w którym zasłuchiwałem się bez pamięci. Zresztą, chyba nie tylko ja, bo album ten cieszył się ogromny szacunkiem i uznaniem wśród śmierć metalowej braci. Od chwili wydania tej pamiętnej płytki upłynęło już wiele wiosen, a w Wiśle zdążył przetoczyć się cały ocean wody, a kolumbijskie komando śmierci, z większym lub mniejszym skutkiem stało na straży wierności siermiężnemu graniu. Aż do dzisiaj, kiedy w eterze ponownie zagnieździła się zaraza, głód szaleńczego pierwotnego mordu za sprawą nowego dzieła MASACRE. I cóż? Piękny to krążek, a ja nie miałem problemu żeby zaprzedać mu duszę he he i skołatane serducho. Kolumbijczycy kują gorące żelazo jak za najlepszych swoich lat, ciężko przetaczając się swoim death metalowym mięchem starej daty przez moje sterane hałasem uszy. Tu nie liczą się nie wiadomo jak wyszukane środki wyrazu, wybuchające raz po raz fajerwerki technicznych popisów. „Total Death” to śmierć metalowy, miażdżący topór lekko przybrudzony, chropowaty, oparty na gitarowych mułach, okraszony wybuchami prędkości, podszyty potężny, gniotący brzmieniem, oraz zamknięty w ciężarze kruszącym czaszkę i łamiącym kości. Dźwignąć ten album na barkach to nie lada wyczyn, a kiedy w grę wchodzi jeszcze amok szaleństwa, rezultat może być tylko jeden – OBŁĘD! Takiej płytki z szyldem MASACRE chciałem, taką dostałem, i będę się nią jeszcze długo katował! Chwała im za „Total Death”!!!

-

Skowron

DEFACING
"Spitting Savagery"
Xtreem Music

Na śniadanie, przed obiadem, na obiad, po obiedzie, podwieczorek i kolacje – łykam DEFACING dobólowo. Fuck! Lubię taki łomot i to bezapelacyjnie. Niby nic nowego, miażdżące brzmienie, zabijające tempa, ani chwili wytchnienia, czy szczeliny, w którą by można palec włożyć he he. Nawet nie zamierzam stękać, że niby trzymają się sztywno ram gatunku, jakoś tak mało atrakcyjnie, mało urozmaicone to ich granie. Fuck! Pieprzę to! Nawet jeżeli brak oryginalności to ich słaba strona, to mają w swojej muzie zdecydowanie więcej świeżości niż niejedna superpozycja z górnej półki wydawniczej „metalowych” gigantów. DEFACING bynajmniej nie jest grupą trubadurów których bawi klaszcząca, rozbawiona publika, i nie oczekiwałbym na Waszym miejscu rubasznego łaskotania. "Spitting Savagery" kopie w dupsko, tnie na kawałki, rozrywa, gwałci, boleśnie kąsa i wyrywa serducho gołymi rękami. Już sama praca sekcji gitar robi z mózgu sieczkę, a jeszcze perkusja....zastanawiam się co ten człowiek żre, bo pary w łapach i innych członkach ani przez moment mu nie brakuje – cyborg pierdzielony. Wszystko tłuste, przegniłe, przemielone razem z kośćmi i podane w amerykańsko brzmiący sposób. Totalna miazga brutal death metalowego wyziewu. Lubicie CRYPTOPSY? Czujecie jak Wam się kuśka podnosi już na sam dźwięk tej nazwy? "Spitting Savagery" Was nie zawiedzie, a sami Chilijczycy wykonali operację na jednej z piosenek tych brutalistów. DEFACING Was rozjedzie! Czcze gadanie?! Może. Sprawdźcie sami.

-

Skowron

BLOODTHIRST/BESTIAL RAIDS
"Live Satanic Devastation"
Seven Gates Of Hell/Kampf Rec

Chyba pisanie typu, że chłopaki mieszają na naszym podwórku, sieją popłoch wśród metalowej gawiedzi, i że w ogóle „the best” bla bla bla nie będzie miało tu większego sensu. Kto chciał, to już zdążył wypełnić swoje uszy i zwoje mózgowe jazgotem obu alko-rozrywkowo-metalowych załóg. Ten splicik jest stricte underground'owym strzałem w mordę w wersji live. Ano, pewnego zacnego wieczoru, wziął ktoś starego „kasprzaka” pod pachę i zrobił sobie z chłopaków jaja, rejestrując ich „wygłupy” na dechach sceny w Zielonej Górze he he. Oczywiście, jaja sobie robię w tym momencie, bo choć to faktycznie wydawnictwo typowo podziemne, to naprawdę dobrze słyszalne, a dla zarówno BLOODTHIRST jak i BESTIAL RAIDS, może na nieszczęście nawet właśnie zbyt słyszalne hie hie. Jest trochę pomyłek, nierówności, ale ma to swój urok i trzyma ducha żywiołu koncertowego. Oba zespoły weszły na scenę, zrobiły siwy dym, wyprodukowały rasowy hałas, ktoś się przewrócił, ktoś zapomniał tekstów....znowu sobie jaja robię he he. Splicik ma swój jak najbardziej sens, bo po dobrych demóweczkach, studyjnych produkcjach, widać-słychać wyraźnie, że zespoły nie gorzej radzą sobie z publiką i swoimi dźwiękami wypluwanymi właśnie wprost w twarze łypiące pod dechami. Piekło, terror, soniczna przemoc, brud i chaos. Żadnego ultimatum – końcowa eksterminacja! BLOODTHIRST = pięć autorskich thrash'owych kompozycji plus „Evil Has No Boundaries wiadomo kogo. BESTIAL RAIDS = to pięć black death metalowych cięć, pięć własnych piosenek i przeróbka „Grave Desecration” również wiadomo kogo.

-

Skowron

PEK
"Infernal Realm Of Chains"
demo '06

Belgowie nie odpuszczają brnąc po trupach do przodu a w chwili kiedy w moich łapskach siedzi „Infernal Realm Of Chains”, PEK ma już pięć kolejnych, obskurnych hymnów ukończonych, tylko wejść do studia, i rzygnąć ponownie jadem, piekłem i bluźnierstwem. To że montują swoje piosenki na pełnym rozpędzie twórczym to jedno, a drugim faktem jest, że jest coraz lepiej, więcej sonicznego inferno, zabijającego chaosu i gwałtu na ośrodkach słuchu. Zdecydowanie, „Infernal Realm Of Chains” ma lepsze brzmienie, aczkolwiek nie spodziewałbym się na Waszym miejscu superprodukcji, a jedynie większej dozy klarowności, bo kanony brudu i głębokiego syfu, jak i grobowego klimatu, zostały jak najbardziej zachowane. I jeszcze jedna rzecz, która rzuca się na uszy – PEK tym razem pokazał swoją bardziej intensywną, morderczą twarz. Myślę, że główna zasługa leży po stronie pracy automatu, a zwłaszcza mocnej pracy centralek, jak i samego soundu tego „narzędzia” który na „Infernal Realm Of Chains” przybija do podłogi. Siedem hymnów – w tym covery EXTERMINATOR & BLASPHEMY - wyplutych ku chwale zniszczenia, mroku, śmierci i zarazy. PEK czci starą szkołę obskurnego death metalu i prostuje środkowy palec wszelkim trendom. Kolce, łańcuchy i trupie makijaże – nie mylić z dzisiejszymi dziełami sztuki rysunku współczesnego u wszelkiej maści black metalowców! Stara krypta została otwarta, a z niej wypełza samo zło. Na zmurszałej, cmentarnej ziemi widać ślady bestii. Biada Wam!

-

Skowron

THE ELYSIAN FIELDS
"Suffering G.O.D Almighty"
Black Lotus Rec

Zdecydowanie, prze kombinowali ci Panowie, i choć szukają innowacji w metalowym łomocie siląc się na oryginalność, tudzież unikalność własnych dźwięków, to w efekcie wyszedł im produkt interesujący jedynie z opakowania, bo w środku jest mało kształtny plastik. Każdy szuka własnego uniwersum, ideału bliskiego tylko sobie, i dźwięków, rozpoznawalnych tylko z własną „firmą-nazwą”, ale pomysł trzeba umieć wdrożyć w życie nie popadając przy tym w utopię niemocy. THE ELYSIAN FIELDS eksplorują terytorium, na którym osiadło „małżeństwo” rozbudowanej elektroniki z tradycjami opartymi na podstawowym instrumentarium ciężkiego muzykowania. Szukać szczęścia każdy może, skoro nie wystarczą im ramy gatunku, i nie widzą się w tradycji hałasu....tyle że chwytanie się tematu jak tonący brzytwy, byleby tylko coś tam buczało, to jak wypaść za burtę podczas sztormu na oceanie, bez napompowanego do końca koła ratunkowego. Co z tego, że są pomysły i chęci, skoro ich słodka i melodyjna szarlotka, rozjeżdża się na talerzu, w niczym nie przypominając sobą niczego apetycznego. Ogrom elektroniki, jej smaczków, bogactwa zagrań nie ma żadnych hamulców. Może to i dobrze, bo sztuka nie lubi głaskania, ale w tym akurat przypadku, eksperyment co najmniej się nie udał. Jak to mówią lekarze: „operacja się udała, ale pacjent nie przeżył”. Niby z założenia miał być to melodyjny death metal w modernistycznej oprawie. Kilka zadziornych, rytmicznych riffów się tu znajdzie, że i nóżka potupie w ich takt, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni... Cholernie to przebojowe, melodyjne, coś jakby kto ich wyrwał z pierwszej piątki list przebojów MTV i tyle wszystkiego.

-

Skowron

DUNGORTHEB
"Intended To..."
Perennial Quest Rec

Ten band polecało mi już co najmniej kilku muzykantów z ziem francuskiej krainy. Różnie bywa z wszelkimi rekomendacjami – kumpel kumplowi złego słowa nie powie he he- a jedyną słuszną weryfikacją jest nauszne wypróbowanie możliwości danej załogi. I tak właśnie zrobiłem. I co? No i faktycznie, nie czuję ani przez chwilę rozczarowany czy choćby trochę zawiedziony. DUNGORTHEB wysmażyli płytkę, że mucha nie siada, no może poza malutkim niuansikiem rozbijającym się brzmienie, które jak dla mnie, powinno być ciut soczystsze, tak aby zawartość „Intended To...” pulsowało jak serce któremu zaaplikowano potężną dawkę adrenaliny. Nie to żebym jakoś szczególnie mocno narzekał, bo muza DUNGORTHEB kołysze konkretnie, a że chłopaki to talenciory od aspektów technicznych nieprzeciętne, to tak sobie pokombinowali, że wyszła im płytka nie tylko nieprzeciętna, ale i tajemnicza, nawarstwiona z wieloma płaszczyznami. Ten krążek raczej nie jest z serii takich, co go łyknął raz czy dwa i starczy wszystkiego. "Intended To..." ma masę niuansów, smakowitych aranży, pikantnych zagrań i nie byle jaki klimacik, a nawet pokusiłbym się o wepchnięcie tu starego ducha, żyjącego w ich strefie rażenia jak pełnoprawny element ich autorskiej twórczości. Francuzi mocno oparli swoje pomysły o sekcję rytmiczną, a gitary dźwigają całą potęgę tego albumu. Do tego dochodzą jeszcze niebagatelne wokalizy, i dźwiękowa maszyna jaką są tu gary. Takich rekomendacji dźwiękowych chciałoby się więcej! Oni mi, a teraz ja Wam polecam zawartość "Intended To...". Poszukajcie tego materiału bo warto zasłuchać się w tej śmierć metalowej sztuce.

- www.dungortheb.com

Skowron

INHUMATE
"15 Years Of Grinding Friendship Comp"
Bestial Experience

INHUMATE już ma 15-naście lat na karku okaleczania ośrodków słuchu biednych maniaków. Kto by pomyślał?! Czas zapieprza nieubłaganie do przodu, ryjąc człowiekowi na karku głębokie bruzdy po kolejnej, minionej wiośnie. Ale sentymentalnie się zrobiło, a rzecz się ma przecież o zupełnie czym innym. Francuzi dochrapali się swoistego tribute, w którym hołd oddają im ziomkowie z ojczystej sceny grind, w podzięce za wspólnie spędzony czas w boju, na scenie i pewnie poza nią również he he. I słusznie! Należało się tej załodze, bo łby mają chłopaki nie od parady, a muzyczka spod ich palców to zawsze „produkt” przedniej jakości, że normalnie czapki z głów Panowie i Panie. Dla mnie, INHUMATE jest tylko jeden, i bez względu kto by się nie mierzył z ich twórczością, za cholerę nie odda ducha i mocy oryginałów! Nie zrozumcie mnie źle – wśród ośmiu piosenek które wchodzą w program tej płytki, wyplutych przez osiem różnych załóg, to znakomita większość tych wersji jak najbardziej mi się podoba, ale... „Altars Of Madness” i jemu podobne klasyki też przecież zawsze smakują najlepiej w oryginale, i jakby ktoś się posrał z wysiłku, to ich nie przebije! Tak samo jest z „Internal Life”, „Ex-pulsion”, „Growth” oraz „Life” - jakby jaki baran pytał, takie imiona noszą krążki francuskiej załogi. INHUMATE ma własny sound, dziką wibrację i furię, którą mógłby obdzieli setki podobnych im załóg i naprawdę, nie idzie tego podrobić. Zresztą, skoro ktoś między jednym posiedzeniem na kiblu a drugim, zmarszczył mocniej fałdy mózgowia uznając, że takie wydawnictwo ma sens i rację bytu, to raczej nie jestem odosobniony w swoim osądzie. Po co słowa?! Wystarczy zatruć eter którymkolwiek z pełnych uderzeń francuskiego combo i raczej niema ma pytań. Gdyby już chcieć konkretnie wskazać palcem na którąś z przeróbek z „15 Years Of Grinding Friendship Comp” to bardzo podchodzą mi wersje COITUS & OLIVE, GORYPTIC, HOPLA & THE GRIND-FREAKS oraz TREPAN'DEAD. CALCIFERUM, HERPES, MOLOSSE, RECUEIL MORBIDE i VACARME wcale nie prztykają tylko po uchu, a bądź co bądź robią mały dym, tylko jakoś tak...jest dobrze. INHUMATE = honor, przyjaźń, wsparcie, rozpierducha i underground. Mi pozostaje życzyć Panom co najmniej kolejnych 15-stu lat w fabryce metali ciężki, a nawet i dłużej!!!! Kończąc dodam już na prośbę Freda, że ten tribute nie jest ogólnodostępnym, regularnym wydawnictwem, a stuffem dla przyjaciół zespołu. Tym bardziej ciesz mnie fakt, że mam kopię również dla siebie.

-

Skowron

**********************************************

DREAM OR NIGHTMARE
"Light Burning Bright Till The Dawn"
Ep '04

To co znajduje się na tym materiale, to efekt niemałego kombinowania, a wachlarz inspiracji z jakiego czerpią Amerykanie, jest bardzo szeroki. Wyraźnie istotnym elementem w grze tego zespołu, jest zarówno klimat jak i dość rozbudowana linia melodyki. Sama muzyka natomiast jest wypadkową tradycyjnego, metalowego konstruowania piosenek, jak i typowo rock'owych czy progresywnych pomysłów z wykorzystaniem klawiatury. Zresztą, tego czego można by się doszukać na „Light Burning Bright Till The Dawn” jest znacznie więcej, a bogactwo ich autorskich kompozycji, wyróżnia DREAM OR NIGHTMARE z całego tabuna podobnie brzmiących załóg. Ja osobiście nie łykam takiego grania w ilościach niedozowanych, i samą muzykę odbieram jako taki balans, pomiędzy „snem a koszmarem” właśnie. Jest tu trochę thrash'owego zacięcia, partii rodem z heavy z balansującymi wypadami w inne rejony muzykowania. Zmienne nastroje, wokalne wariacje i zdawałoby się niemałe talenta instrumentalne. Nie wiem czy zawartość „Light Burning Bright Till The Dawn” to wizja kopisty czy też wizjonerska oryginalność, bo jak wspomniałem wcześniej, jest to stuff z trochę inne półki, ale słucha się tych czterech utworów całkiem przyjemnie, choćby tak dla relaksu przy piwku he he.

- www.dreamornightmare.com

Skowron

**********************************************

ACID DEATH
"Random's Manifest"
Black Lotus Rec

Jaja sobie robią chłopaki ze słuchaczy. Jak się patrzy na okładeczkę zdobiącą ich krążek, na myśl przychodzi w zasadzie tylko jedno – ostra młócka w stylu brutal death, grind lub gore. Wertując krótki opis ich własnej sztuki dołączony do wkładeczki, należałoby się spodziewać szybkiego śmierć metalowego mięcha z symfonicznie brzmiącymi wypadami i współczesnym spojrzeniem na takie dźwięki. Słuchając już samej płytki, wypada zrobić tylko zdziwko, bo ani jedno ani drugie się nie zgadza. To co zapodają moim uszom Grecy, to mocno techniczne granie na przecięciu thrash i death metalu z niemałą dozą melodyki. Jakby najkrócej przybliżyć Wam zawartość tego albumu? CYNIC, ATHEIST ( i to mocno słyszalny), gdzieniegdzie SLAYER i trochę szwedzko-greckiego muzykowania, w bardziej chwytliwych momentach. Na "Random's Manifest" dzieje się cholernie dużo, i skłonny jestem stwierdzić, że to naprawdę dobra pozycja, aczkolwiek sporo na niej wahania ciśnienia, zmiany temperatury i kapryśnego pomykania. Nie można się spodziewać konkretnego ukierunkowania, jednego nurtu, który niósłby biednego maniaka swoim silnym prądem. Jest wściekłe ujadanie, przyzwoity galop, a za moment jakby delikatnie uchodzi z zespołu powietrze, i zaczynają się eksperymenty, balansowanie, bardziej łamane granie, powiedzmy sobie, szybko zapadające w pamięci. ACID DEATH jednak nie schodzi poniżej jednego, konkretnego poziomu, dlatego dzieło przypadku nie wchodzi raczej w końcowy rozrachunek. Grecy wyraźnie nie tylko pitolą coś pod nosem, kombinując jak koń pod górę, a mają łby pełne pomysłów, i co najważniejsze, potrafią je przelać na konkretne muzykowanie. Jest zdziwienie, zaskoczenie i sporo niespodzianek, które nie odrzucają, a wręcz przeciwnie, z czasem nabieraj większego kolorytu, smakując jeszcze bardziej. No, no no – jest poziom i kawał konkretnego grania. Myślę, że pozycja do pełnej rekomendacji.

Black Lotus Records; Yianni Ritsou 8; 17237, Himittos; Athens; GREECE

- www.black-lotus-recs.com

Skowron

**********************************************

XANTOTOL
"Liber Diabolus: 1991 – 1996"
Seven Gates Of Hell/Kampf Rec

1991/96 – kiedy to było? Eh, łezka się w oku kręci, kiedy się ma do czynienia z materiałami z tamtego okresu. Tym bardziej żal dupę ściska, bo XANTOTOL w swoich jakże starych nagraniach ma więcej diabła i piekielnego klimatu, niż niejeden współcześnie tworzący malowaniec. Oj pozmieniało nam się w tym metalowym underku, pozmieniało. Takich wydawnictw nie powinno się recenzować w prostej linii, a bardziej oddać się refleksyjnym żalom co by było gdyby he he? Rzeczywistość jest jednak jest inna, a XANTOTOL już dawno gryzie piach, choć nie pogrzebano go żywcem, bo jakby nie patrzeć, ta załoga dochrapała się na naszych ziemiach ojczystych statusu nie byle jakiego, bo tu i ówdzie oddaje się im kult. Dla jednych to black metal, dla innych pakt między śmierć metalowym graniem a czarną polewką – nie ważne szuflady! Liczy się to, że Wrocławianie swego czasu wiedzieli jak się robi hałas, ciężki wagowo metalowy łom, który jakby chcieć sprzedać na pierwszym lepszym skupie, to starczyłoby na nie byle jaką chatę, luksusowe zdziry, i limo z basenem w środku. Ale już tak poważnie. „Liber Diabolus: 1991 – 1996” to nie byle jaki składaczyna, a swoiste „the best off”, które zmusza do nagięcia karku przed tą załogą. Nie patrzcie na brzmienie tego materiału, a na samą zawartość muzyczną. To co serwował ten zespół już tyle lat wstecz, ciągle trzyma fason, a wszelkie pyskówki, uczciwie nie miałby sensu. Jest klimat, jest piekło, ciężar, miazga, piach w oczy i gruboziarnisty papier ścierny jeżdżący po skórze. A wszystko to zapodane w sposób dość prosty, ale centralnie docierający do celu. Co tu dużo pisać? Świetna sprawa, znakomity znak czasu!

kampfrec@go2.pl - www.kampf.ws

Skowron

**********************************************

CRIPPLE BASTARDS
"Desperately Insensitive"
Obscene Prod

Stęskniliście się za tymi włoskimi mordami? I słusznie! Brakowało Wam hałasu „Italiańsców – pojebańców”? I tak powinno być! Nie było Was na Obscene Extreme w 2003 roku, i głupio Wam teraz że przegapiliście masakrujący gig? No to przynajmniej na „Desperately Insensitive” będziecie mogli to nadrobić w wersji dźwiękowej, nie byle jakiej jakości! W rzeczy samej, ten krążek to już materiał z kilkoma wiosnami na karku, bo pierwotnie stuff ten ukazał się w barwach Necropolis, a głównym atutem tej pozycji, a w zasadzie potężnym bonusem jest soniczny terror jaki zaserwowali Włosi na wspomnianym Obscene Extereme i to w cholernie obszernej formie. 37 piosenek pieprzonej burzy, grindcore'owe tornado okraszone punkiem, crustem i innym jazgotem. 55 minut katowania ośrodków słuchu dzikością, wściekłym atakiem szybkości, brutalności, dźwiękowego masochizmu, intensywności, sadyzmu i cholera wie czego jeszcze. Zresztą, co ja Wam będę tłumaczył? Przecież znacie CRIPPLE BASTARDS i wiecie do czego są zdolni i na co ich stać. Pozycja obowiązkowa i wszystko w temacie!

-

Skowron

**********************************************

PIGSTY
"The Return"
Bizarre Leprous Prod

Świńskiej sagi ciąg dalszy! Aż dziw bierze, jak te czworonożne ssaki mogą być inspirujące he he. Rozumiem, że niektórzy nie wyobrażają sobie życia bez świnki, ale że zaraz grindcore'owe combo.... Generalnie, to nie tylko o zwierzaczkach rzecz się ma.. A co poza tym? Ano jebutny jak cholera grindcore'owy buldożer, i nie to że taki jakich wiele, a prawdziwa maszynka do mielenia mięsa, zmontowana i obsługiwana czeską ręką, a jak Czesi, to nie ma bata, musi mieć jaja! Gdyby nawet pominąć fakt, że PIGSTY to czeska załoga - żeby kto nie posądzał mnie o jakieś szczególne sympatyzowanie, czy faworyzowanie tamtejszej sceny - to band ten jak i sam krążek, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przydarzyły się temu gatunkowi, kierunkowi w hałasie, a do tego ciężko to cholerstwo objąć słowem, piórem czy prostą definicją. „The Return” ma wszystko co powinna mieć rasowa produkcja. Bardzo dobre brzmienie, któremu towarzyszy intensywne że o jejkuuuu pizdnięcie, intensywność przekazu, aranże i pomysły, że mucha nie siada, a takie detale jak wściekłość, brutalność etc. to już celowo pomijam, co by nie przynudzać. Oprócz tego że miazga i szybkie tempa, to jeszcze „The Return” jest efektem niezłego kombinowania z dźwiękami odstającymi od typowego grindcore'a, co wyraźnie słychać choćby w samych wokalizach, a zapewniam, że na tym się nie kończy. Przeróbka RAGE AGAINST THE MACHINE "Bulls On Parade" też daje sporo do myślenia... Może ten album nie wychyla się zbyt znacząco poza ramy gatunku, ale z pewnością ma dość inne spojrzenie na łomot, przez co można zahaczyć o pewną oryginalność. Mnie to łechta i to okrutnie.

-

Skowron

**********************************************

TSUBO
Promo '05

Italia to ciągle żadna kopalnia odkrywkowa metali ciężkich, ale za przykładem choćby takiego TSUBO, widać wyraźnie, że coś tam chłopaki dłubią w swoich piwnicach he he. Cóż rzec o tej ekipie? Chyba wzięli mnie z zaskoczenia, bo mimo iż wiedziałem że będzie grind'owo, ale za cholerę nie spodziewałem się, że aż tak eksperymentalnie i wręcz psychodelicznie powiedziałbym. Muza proponowana przez Włochów, nie smakuje w jeden konkretny sposób, przez co nie chciałbym powiedzieć, że dźwięki nie mają sensu. Ale faktem jest, że muzyczka z tej promóweczki – pięć utworków – ma w sobie sporo dziwnych, żyjących jakby oddzielnie smaczków, zawijasów, nietypowych melodii nakładających się, wręcz wybijających się ze ściany hałasu emitowanego przez czwórkę morderców zasilających szeregi TSUBO. Jest ciężko, chwilami dość miażdżąco i brutalnie jak przystało na grind'ową załogę, ale w sukurs temu jazgotowi, idą zeschizowane patenty, zaskakujące podziały i rozpasane jak na takie granie solosy, które są w rzeczy samej dość zdradliwe. Z jednej strony łaskoczą po uszach, a z drugie leci bolesne karczycho, aż się człowiekowi adrenalinka gotuje. Największy minus tego materiału to brzmienie. Zwłaszcza gary cierpią na słabej jakości produkcji, bo zamiast potężnych uderzeń w zestaw, jest chwilami tylko pukanie. A reszta...to mocno interesujące granie. No to co? KEEP ON GRINDING!?

demo@tsubo.it - www.tsubo.it

Skowron

**********************************************

FLESHLESS
"To Kill For Skin"
Obscene Prod

Zaskoczyli mnie Czesi absolutnie! Tylko nie pomylcie pojęć, i nie przeróbcie tego na swoją mańkę, że niby rozczarowali bla bla bla – otóż jest odwrotnie. FLESHLESS to raczej taki zespół, który chyba nigdy nie cechował się intensywnym parciem na szkło, celowaniem w świecznik śmierć metalowego panteonu, albo też nie było mu dane dostąpić blichtru lukrowatych pochlebień, co nie znaczy, że cały ich dotychczasowy dorobek, to zwyczajne chałturzenie i pitolenie pod nosem dla pospólstwa. A nawet gdyby, to z chęcią zasilam szeregi owego pospólstwa, bo muzyczka tego bandu, generalnie zawsze trafiała w moje, być może mało wybredne gusta. „To Kill For Skin” nie jest w tym temacie wyjątkiem, aczkolwiek jest to przynajmniej dla mnie, zupełnie inna forma wyrazu, jaką do tej pory serwowali nam nasi południowi sąsiedzi. Bez obaw, to ciągle jest techniczny i przyzwoicie brutalny kostuszy wymiot, tyle że tym razem, jakby mniej przystępny, nie gnieżdżący się w szarych komórka niemal od zaraz, o wiele bardziej dziwny, i wymagający więcej czasu na przetrawienie. „To Kill For Skin” to krążek mający przeróżne oblicza, w którym muza zmienia się niemal jak w kalejdoskopie, czasem dość rwana, zmienna na tempach, chwilami z dziwnymi, zdawałoby się nie pasującymi do całości liniami melodii, z rozliczną, niebezpieczną jazdą pod prąd, momentami jakąś cyber przestrzenią, i smaczkami, również z początku nastręczającymi niemal schizofrenicznych odczuć na zasadzie – po co to, a z drugiej strony to jest dobre. Myślę, że tu nie chodzi o tyle o samą brutalność czy ciężar – choć tego akurat nie brakuje – a o sens, stworzenie kilku warstw na tej płytce, i zakodowanie w niej niezłego pierdolca. A gdyby mało było tych połamanych i zakręconych patentów czysto instrumentalnych, to jeszcze „Władek” udowadnia, że nie drze byle ryja, jeżdżąc nosem przy glebie, a w gardle ma silne narzędzie, z którego robi potężny użytek. Człowiek ma chyba akordeon w pysku, a i poczuwa się do przynależność do własnej nacji, dając dowód na to, iż Czesi znają się na świńskim śpiewie he he. Jak już wspomniałem na wstępie – zaskoczyli mnie, choć z początku z bólem, ale na plus. Zwykła niezwykła płytka, a w kontekście FLESHLESS odmienna, stworzona z innego pułapu, innego szczebla ich progresu. Tak czy siak, dobra pozycja i basta.

-

Skowron

**********************************************

DESENSITISED
"Virus Of Violence"
Promo '05

Holenderscy załoganci, wycinają naprawdę przyzwoity śmierć metal, z old school'ową brutalnością. Stare inspiracje, stara szkoła, stary duch i klimat, który trzyma fason minionych dawno czasów, a jedyne co odbiega od historii, to współczesna nam produkcja i brzmienie piosenek. Pięć utworków zwiastujących pełną płytkę o tym samym tytule, wypełnione jest muzyczką konkretną, celującą w dobry, a nawet więcej niż dobry potencjał tej załogi, czego odzwierciedleniem są mocne pomysły i niebagatelne aranże. Dominują umiarkowane tempa, urozmaicone sporadycznym blaścikiem, wściekłą gonitwą do przodu a pikanterii dodają melodyjne solówki, które notabene przypominają mi starego, nieodżałowanego, holenderskiego mordercę, a ściślej mówiąc zarazę PESTILENCE jak i pierwsze krążki szwedzkiego ENTOMBED, aczkolwiek nie traktowałbym tych skojarzeń jako palucha wskazującego konkretne podobieństwa, a bardziej jako luźną interpretację. Zadziorne riffy mają w sobie thrash'owego pazura, co daje krwawy posmak temu materiałowi, a jak zarzucą ciężkie, tłumione, niemal walcowate rytmy na wiosełkach, to robi mi się ciepło w gaciach he he. Poprawiłbym trochę może brzmienie samych bębnów, które chwilami są takie....niesprecyzowane? DESENSITISED nie zwykł grać na dwa tempa, a w ich dźwiękach całkiem przyzwoicie się kotłuje, a i zmian akcji wcale nie braknie, co przy dobrym ciężarze i ciągłym przeładowywaniu „broni”, daje death metalowy atak, jakby nie patrzeć z przemocą w tle he he. Nie powiem, pełny album zapowiada się naprawdę interesująco!

info@desensitised.nl - www.desensitised.nl

Skowron

**********************************************

Next / Kolejne   Next / Kolejne   Next / Kolejne  

WSPIERAMY!!!