
INHALE THE ELLIPSES "The skizoclick sessions"
2003
Przedziwny to zespół! Panowie pochodzą
z Iowa i wykonują naprawdę bardzo zakręconą mieszankę, co ukazali na swoim trzecim
materiale "The Skizoclick Session". Ta muzyka zawiera wiele wpływów zupełnie przeciwstawnych
sobie gatunków muzyki oprawionych w ramy metalu, co spowodowało, że INHALE THE ELLIPSES
stworzyło niepowtarzalny własny styl, któremu ja nie jestem w stanie wymyślić określenia…
Ich muzyka to przeważnie kombinacja metalowych gitar, free jazzowych wpływów oraz
bardzo mocno zaznaczonych folkowych Kubańskich i Afrykańskich partii bębnów. Na czele
wszystkiego stoi bardzo szalony, wielobarwny, czasem jakby histeryczny śpiew, uzupełniany
przez męskie równie intrygujące chórki. Wokalista modulując swoją barwę głosu umiejętnie
potrafi wpleść się w panujący klimat, co dodatkowo uwydatnia dany nastrój… Usłyszymy
tutaj melodeklamacje, czy czysty, aczkolwiek obłąkany śpiew czy też ostry krzyk z
growlingiem włącznie. Aranżacje są w zupełności nieprzewidywalne, nigdy nie zgadnie
się co czai się za następnym taktem… Kompozycje muzyczne przeplątają się od bardzo
ostrych, ciężkich, agresywnych metalowych tematów po przez melodyjno-melancholijne
partie, czy też zwariowane lub skoczne, pełne humoru motywy, (np. parodiujące styl
country) aż do typowych folkowych partii bębnów… Przez ten bogaty kolaż przeplątają
się interesujące patenty z pogranicza thrash/doom/progressive metalu zawierające
wiele gitarowo-wokalnych rozwiązań, czy też jazzowe łamania jak i psychodeliczno-rockowe
naleciałości oraz wpływy innych gatunków muzycznych. Tempo materiału bezlitośnie
ulega zmianom, raz delikatnie płynie by nagle przejść w szaleńczy pęd… Muzyka INHALE
THE ELIPSSES wymaga skupienia podczas słuchania, w innym wypadku wiele tematów umknie
nam bezpowrotnie… Gdybym miał wrzucić zespół do odpowiedniego koszyka z innymi bandami
to z wielkim zawahaniem wrzuciłbym go pomiędzy LUNATIC GODS (za niewielkie podobieństwa
do metalowych partii i wokaliz), a FANTOMAS (za inwencję twórczą i podobny rodzaj
humoru).
|
ellipses01@hotmail.com
| |
Gnom
|
**********************************************
|
|
ANVIL OF DOOM
"Deathillusion"
Xtreem Music
Ciągle upieram się przy swoim, że ANVIL OF DOOM, to naprawdę mało interesujący band. Dave w nich uwierzył, i niech mu będzie, ale dla mnie, mogłoby ich nie być w Xtreem Music, czy w ogóle mogłoby ich nie być, i łzy bym nie uronił po ich zapaści twórczej. Zapaść, to oni w zasadzie cały czas mają, bo o ile demo "Died Before Dawn" było byle jakie, to ten krążek, jest już zupełnym cieniem tego, co jeszcze w zasadzie można zrobić w hałasie. Jak już napisałem - Dave w nich uwierzył, i to już nie moja brocha, dlaczego ich wydaje?! Może widzi i słyszy w nich to, czego ja osobiście nie mogę się doszukać? A biega mi o dobrą muzykę. Za czas jaki poświęciłem tej płytce, dostałem masę niepotrzebnej sztampy, nudy, matematyczną układankę riffów, stękanie jak przy zatwardzeniu, i sporo tendencyjnego pitolenia. Co z tego, że ciągną mocno technicznie, i nie ograniczają swojego, muzycznego ego do jednej ramy muzycznej? Nie ma w tym graniu polotu, życia i szaleństwa, tylko się chłopaczki niepotrzebnie napinają, co jakiś czas popuszczając w spodnie z niemocy. Jak ktoś lubi grać sobie a muzom, odgrzewając stare, zepsute kotlety - to proszę bardzo. Ja tego nie łykam. Szkoda czasu choćby na odpalanie tego materiału ponownie.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|

BAPHOMETS THRONE "Spiritual Evil"
Panzer Truppen Records
2003
Oto Wrocławski BAPHOMETS THRONE będący
kontynuacją legendarnej podziemnej hordy OPPRESSOR!!! Już sama nazwa mówi za siebie
z jaką muzyką tym razem mamy do czynienia. Owe cztery utwory to kawał potężnej diabelskiej
muzyki... Początek "Spiritual Evil" wprowadza nas w tajemniczy mrok i przerażenie,
…a to za sprawą jakby klawiszowego ambientalnego intro nagle łączącego się z resztą
instrumentarium… Ciężkie gitary, mocna praca perkusji i potężny growl przeplatający
się z blackowym screamem w połączeniu z dobitnymi klawiszami tworzą iście monumentalny
mroczny nastrój. Poza drapieżnym miażdżącym mrocznym klimatem płynącym z blackowych
(a nawet czasami lekko deathowych) aranżacji napotykamy tutaj odpowiednie ilości
ostrych lub melodyjnych gitarowych i klawiszowych tematów, akcentujących partii potężnych
uderzeń perkusji lub delikatnych klawiszowych pasaży. Tempo materiału jest dość zmienne,
od ciężkich prawie black/doom'owych klimatów po ostre i szybkie miażdżące partie.
Na materiale pojawia się polskojęzyczny utwór "Bitewny Zgiełk" mocno nasuwający skojarzenia
z pagan metalem, a chociażby za sprawą odgłosu bitewnego czy specyficznych aranżacji
podkreślanych polskimi tekstami… Utwór "Shadows" kończący ten niestety krótki materiał
tworzy bardzo mroczno tajemnicze ambientalne outro zawierające sporą dawkę melancholii...
BAPHOMETS THRONE stworzył black metal na bardzo dobrym poziomie… Miejscami jakbym
słyszał wpływy DIMMU BORGIR, ale zdecydowanie mniej tutaj symfonii.
|
BaphometsThrone@interia.pl -
www.baphthrone.republika.pl
| |
Gnom
|
**********************************************
|
|
REQUIEM
"Internal Progress"
Promo '05
Internal Progress?! Myślę, że coś w tym jest. REQUIEM dziś, to zgoła inny zespół, choć penetrujący w dalszym ciągu te same rejony muzyczne. Ale akurat "te same" nie musi oznaczać stagnacji, a dowodem na to może być choćby to promo. Dwa utwory z tej płytki, niosą ze sobą większą bezpośredniość, z większą mocą uderzają w ucho słuchacza niż cokolwiek, co ten band zrobił do tej pory. Słychać wyraźnie większą dojrzałość zespołu, w niemal każdym aspekcie tworzonej przez nich muzyki. Czy to będzie operacja techniczna, sposób rozpisania utworów, samo ich odegranie, czy wieńczące całość, posiedzenie w studiu. Ciągle jest bardzo melodyjnie, a dźwięki jak wirus, uparcie gnieżdżą się pod kopułką, co chwila o sobie przypominając. To taki muzyczny koń trojański z niespodzianką w środku. Na rwanie włosów z głowy jeszcze zdecydowanie za wcześnie, i nie będę ściemniał, że oto w smutnych piaskach pustyni znalazłem cenny kruszec, który oślepia swoją wyjątkowością. Choćby z tego względu, iż REQUIEM chyba nieodwracalnie, zawsze będzie garściami czerpał inspiracje od DEATH'a (R.I.P.). Z drugiej strony, całe to podobieństwo, tym razem - przynajmniej mi - w zasadzie nie przeszkadza, powiem więcej, lublinianie na "Internal Progress" dali więcej siebie, swojej własnej zadziorności, tworząc materiał bardziej uszczypliwy i hmmm - trochę intrygujący? W sumie to frapuje mnie, jak się ten stuff ma względem reszty, zarejestrowanej z myślą o czymś dłużej kręcącym się w odtwarzaczu?!
|
mysteryofthedream@interia.pl -
www.requiem.metal.pl
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
MANSLAUGHTER
"Constriction"
demo '05
Może ten band, nie jest dla wszystkich zupełną zagadką, bo jakby nie patrzeć, trochę latem pohałasowali na naszych ziemiach, między innymi w okolicach Suwałk, zahaczając przy okazji o kilka innych miast Polandu. Akurat ja, zostałem namaszczony ich muzą płynącą z srebrnego talerzyka, i co by nie powiedzieć, jest to kawałek mocnego, śmierć metalowego rzemiosła. Francuzi proponują dźwięki co najmniej pięknie pokombinowane, uderzające ciężkim łomem w czułem miejsca, robiące całkiem nie małe zniszczenie wokół siebie, i co chyba najistotniejsze, jest w nich namiastka oryginalności. Dla mnie, to niebezpieczna hybryda, przywleczona przez CANNIBAL CORPSE, CARCASS czy choćby MESHUGGAH, przybrudzona szorstkim thrash'em w brutalniejszej formie, z pewnym dodatkiem smoły. Utwory z tej płytki, mają w sobie sporą porcję technicznego motania, a sam sposób pisania poszczególnych partii, uparcie wyrywa się spod nacisku wszelkich szablonów, efektem czego jest przeszło 10 minut mocnego grania. Na dużą uwagę zasługują ciekawie rozłożone linie wokali, które pełną gębą, robią za dodatkowy instrument w muzyce MANSLAUGHTER. Nie jest to jeszcze brutalny wytrysk na miarę choćby demo roku 2005 nieubłaganie stającego się już historią. Jednak spokojnie możecie się spodziewać długich chwil niekończącego się cierpienia. Trochę kuleje brzmienie tego stuffu, ale... Jest mocno i boli, przydałby się full contact!
|
-
www.manslaughter.montaf.com
| |
Skowron
| |
**********************************************
|

CASTLE PARTY "X. Castle Party"
Metal Mind Records
2003
Upalne lato… Dziedziniec zamku w Bolkowie…
i największe gwiazdy sceny dark independent… Chyba każdy polski maniak mrocznej muzyki
słyszał o Castle Party! Krążek pośrednio pochodzi z dziesiątego, jubileuszowego festiwalu
Castle Party, który odbył się 26-27 sierpnia 2003 roku. Co prawda nie jest to materiał
koncertowy, nie ma tu owacji publiczności ani dialogu pomiędzy artystami a publiką,
co sprawia, że materiał jednak traci na wartości. Ale w sumie nie jest to materiał
live! I mimo wszystko dobór utworów jest naprawdę wyśmienity. Kapele prezentujące
się na krążku oscylują oczywiście w gotyckich klimatach połączonych (w zależności
od zespołu) z rockiem, metalem czy muzyką elektroniczną bądź klasyczną. Oczywiście
panującymi nastrojami są mrok i melancholia, które wypełniają całość do granic możliwości,
wprowadzając iście depresyjny klimat. Ale nie brakuje tutaj również kosmicznych klimatów,
psychodeliczno-industrialnych ekspresji czy gotycko rockowo-metalowej agresji i drapieżności
(aczkolwiek oczywiście owa agresja jest w granicach rozsądku gothic metalu). Całości
słucha się bardzo przyjemnie. Przede wszystkim nie można się nudzić, gdyż każdy utwór
ma wiele do zaoferowania… Jest to naprawdę dobra kompilacja dla fanów muzyki gotyckiej!...
Lista utworów:
Garden of Delight "Lost Eden"
Immunology "Ginger"
Scianka "Harfa Traw"
Sweet Noise "Vision Thing" (feat. Anja Orthodox/Closterkeller)
Delight "Spring Day"
Artrosis "Somewhere Between"
Closterkeller "The Secret Place"
Diary of Dreams "She" (Demonic Mix)
L'Ame Immortelle "Tiefster Wintrer" (album version)
XIII. Stoleti "Transylvanian Werewolf" (Remix)
Ancient Gallery "Teil Des Ganzen"
Other Day "Sekundenherz"
Final Selection "Your Smile"
Terminal Choice "She's The Devil"
Eve Of Destiny "Garden For A Zealot"
Dance On Glass "Delilah"
Fading Colours "Fade Away" (Edit)
|
www.castleparty.com
| |
Gnom
|
**********************************************
|
|
CATHETER
"Dimension 303"
Selfmadegod Rec
Trzy lata trzeba było poczekać na nowe dzieło zniszczenia grindcore’owej trupy z Denver, która właśnie osiągnęła swój 303-ci wymiar sonicznego okrucieństwa. Jakby mało było morderczej płytki, to jeszcze za chwil kilka najadą stary kontynent, w tym także kraj Polandu, siejąc spustoszenie na ziemiach, po których przyjdzie im stąpać. "Dimension 303" to 18-naście cięć, kopiących po ryju, robiących przemeblowanie w budowie anatomicznej człowieka. Dźwiękowy sadyzm, oślepiający szał, furia i wściekłość – tym wszystkim co chwila eksploduje CATHETER, tworząc ogromne oko grindcore’owego cyklonu, pochłaniającego kolejne ofiary. Zaledwie chwilami ten band da się pogłaskać w bardziej chwytliwych momentach, ale...zapomnijcie, nie próbowałbym na Waszym miejscu nawet tego tykać, bo ujebie Wam rękę przy samej dupie. "Dimension 303" to agresywny, potężnie brzmiący wyziew, z grind’owym dynamitem, okraszonym elementami crust’u i punk’a, podanej w opętanej formie. Dzielą już Was tylko dni od morderczej egzekucji, i zapewniam – próżne nadzieje, że skończy się tylko na lekkich zadrapaniach na twarzy. POLECAM!!! Zbierzecie łomot bez wychodzenia z domu!
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
WOJCZECH
"Sedimente"
Selfmadegod Rec
Opierali się długo, bo aż dekadę, zanim zabrali się za nagarnie pełnego, absolutnie debiutanckiego albumu. Ale jak już to zrobili, to tak aby każdy to na długo zapamiętał. Może i jest w tym metoda, bo po całej masie wydanych siódemek, winyli, różnej maści splitów, kompilacji, metalowa gawiedź czuła bolesne ssanie w żołądku, a muzycy WOJCZECH’a, kręcili bicz z upodobaniem sadysty, szykując własną apokalipsę, obłąkanych, morderczych dźwięków. „Sedimente” stało się ciałem, faktem znaczy się he he, a Wasze uszy, zostaną wielokrotnie, nieludzko zgwałcone przez kolesi, z dość anarchistycznym podejściem do życia, którzy mają zapewne głęboko w dupie to co wypada a co nie. Ten krążek jest kawałkiem ciężkiego i bezpośredniego łomotu, od którego kipi wściekłością i strachem. „Sedimente” to ponury, mocno brzmiący grind, z muzycznymi zwichami w stronę thrash’u, punk’a, siermiężnego death metalu czy hardcore’a. Od pierwszego „Krebskult”, zespół rozpędza bitewną maszynę, która na pełnej mocy, przetacza się w pełnym kulcie zniszczenia. I tak przez niespełna 24 minuty, Niemcy gniotą, molestują i czynią wykurw wysokiej próby. WOJCZECH wymyka się utartym schematom, i stereotypowemu konstruowaniu muzyki, a ja miałem to nie-szczęście stanąć na drodze ich zdegenerowanej sztuce. Cała przyjemność po mojej stronie Panowie hie hie.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
ANTIGAMA
"Zeroland"
Selfmadegod Rec
Wiedziałem, że będzie bolało jak cholera, tym bardziej, iż miałem okazję słyszeć zajawki tej płytki nawiedzając pewnego słonecznego dnia, Karola w jego hacjendzie. Ale nie spodziewałem się, że tak szybko stracę przednie uzębienie, i już na dzień dobry, zacznie się 10-cio sekundowe odliczanie do pełnego nokautu. I co?! I ni chuja, nie dałem rady się podnieść po wysłuchaniu tego krążka. Właściwie to w dalszym ciągu wymieniam czułe uściski z glebą... Death metal, black metal, thrash metal...a czaicie antigama metal? Nie?! Czas i pora się już przyzwyczaić do tego zacnego hasełka, bo ten band to perełka, awangarda, klasa sama w sobie. ANTIGAMA to zniszczenie, które intryguje i wywołuje przerażenie, bo nie wiadomo, czego ten zespół jest jeszcze w stanie dokonać w przyszłości. Ten album orze korę mózgową pozostawiając po sobie głębokie, krwawiące bruzdy. "Zeroland" wciąga się, jak ćpun z wieloletnim stażem ścieżkę proszku na dzień dobry. I co gorsza, nie ma na to detoksu. Nie chodzi nawet o to, czy ANTIGAMA bierze jeńców czy nie. Ten band ZABIJA!!! Nie do zatrzymania blasty, niekontrolowany grind wsparty noise'em, eksperymentem, zniekształconymi, zakręconymi riffami, wykręconą maksymalnie pracą gitar, i niesamowitymi wokalami. Rasowy awantgrind!!! "Nie polecam" - kalectwo murowane he he.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
FAECES
"Severe Hypoxia"
demo '05
Miło wreszcie słyszeć FAECES z żywym garowym. Oj zyskuje na wartości ich muzyczka, zyskuje. Wcześniej, trochę mnie nużyło to co Ci brutaliści proponowali na swoich poprzednich demosach, choć nie brakowało na nich dość konkretnych patentów. Dziś ku mojej uciesze z dobrej oceny, jestem w stanie zrobić co najmniej taką z naprawdę duuuużym plusem. Nie będę jeszcze pisał o FAECES jak o jakimś szczególnym objawieniu rodzimej sceny, lecz z pewnością warto nadmienić, iż są o kilka mil do przodu w porównaniu z tym, czego dokonali do tej pory. Wiadomo, schematy typowe dla brutalnego death metalu są w dalszym ciągu wyraźnie słyszalne, tyle że tym razem, więcej w nich rzetelności, buntu i pazura. Ten band nie zmienił się jakoś diametralnie, ale wyraźnie ukształtowała się forma, którą trzeba teraz z uporem dopieszczać, obrabiać, szlifować czy jak tam to jeszcze nazwać. Już w chwili obecnej FAECES ma w sobie solidność, i pewność w obsługiwanych instrumentach. Tyle że samą techniczką metalowej wiary muzyk nie nakarmi, bo też oni ani pierwsi, ani ostatni, co to próbują łamańców, zawijasów, słowem kompozytorskiej gimnastyki, lecz tylko książkowe odegranie brutalnego hałasu, nie będzie niczym innym, jak właśnie tylko elementarnym. Niby mają wszystko, co powinien mieć dobry zespół, grzejący śmierć metal. Mieszają na tempach, unikają znużenia, warsztacik jak wyżej wspomniałem jest, demo brzmi całkiem dobrze i selektywnie, czasem w eter poleci przyzwoita solóweczka, a nawet basu się nie wstydzą, bo pracuje wyraźnie, i przede wszystkim słyszalnie. Perkusista spina się jak może, i punktuje przyzwoicie, wokal - no cóż, zwierz po prostu... Więc czego się czepiam? Ano ciągle nie ma tej konkretnej iskry, która spowoduje eksplozję, a co za tym idzie - zniszczenie i pożogę. FAECES to pracowity band, bo w przeciągu bodajże czterech lat, sklecił i zarejestrował coś koło pięciu czy sześciu materiałów, i raczej nie zanosi się na to, aby zwolnili tempa. Ja trzymam za nich kciuki, i wierzę - mam nadzieję, że nie jest to zwykła naiwność z mojej strony he he - że kolejny stuff tej ekipy urwie łeb, a przynajmniej porządnie obije. Wam myślę, że mogę "Severe Hypoxia" zarekomendować bez bólu na duszy. Jak już pisałem wcześniej - jest duuuuży plus, i liczę na więcej!
|
faeces@wp.pl -
www.faeces.prv.pl
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
CINIS
"Vile Angel"
Promo '05
No, komuś chyba VADER z odtwarzacza nie chce wyleźć he he. Nowa twarz na naszym, metalowym podwórku, czego nie mogę niestety powiedzieć o muzie tego bandu, bo jak już delikatnie nadmieniłem, zalatuje mi okrutnie tym, co wyrzeźbił w śmierć metalowym hałasie właśnie VADER. Jakby tego nie próbować ugryźć, z której strony nie podchodzić, to i tak się wraca do punktu wyjścia - Peter & Co. Czasem zniszczy jakiś ciekawy, może wyrażę się inaczej, zgoła odmienny riff, choć i tu pojawiają się widma przeszłości, a mianowicie starej Florydy. Nie powiem, żeby "Vile Angel" nie kopało wcale, bo i owszem, można się ożenić z ciężkim trepem między pośladami, tyle że jakoś tak mało w tym graniu od siebie. Techniczka jest, piski, ujadanie wioseł, zakręcone przyzwoicie solóweczki, maniera wokalna Wondka, jakby stworzona pod te dźwięki, w basie szaleje jakieś piekło, perka kwasu nie robi, wszystko zgrane ze sobą jak prawidła wszelkie podają hie hie... Jest ciężar, niezgorzej brutalnie, a i jadem po ślipiach spluną, tylko... No właśnie, te tylko robi małe ale, bo nawet jak mam wkładeczkę do płytki przed sobą, to logo CINIS jedynie mogę traktować jak podtytuł, bo wrażenia i skojarzenia są zgoła odmienne. No chyba że tak ma być - aaaa to przepraszam! Z brzmieniem jest całkiem, całkiem - Pierścień pokręcił gałkami w BloodLine Studio, i da się z tym żyć he he, jest uczciwie. Pięć ścieżek z tego promo - choć ostatniej doszukać się na płytce nie mogę - to w sumie nie porażka, tylko jeszcze wiele do zrobienia na kolejnym materiale. Tragedii nie robię, ale pokładam nadzieję na przyszłość.
|
cinis@vp.pl -
www.cinis.metal.pl
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
CORTEGE
"V-666"
CD '04
Te MORBID'owe wpływy, są chyba nie do wykorzenienia w muzyce CORTEGE. To już trzeci materiał tego zespołu, i za każdym razem wyraźnie słyszalne są mocne inspiracje ekipą Trey'a. Coś jakby ich ten Amerykaniec własnoręcznie namaścił, i obiecał ostry wpierdol, jak zaprzestaną praktyk utrzymania ciągłości jego kontinuum he he. Z drugiej strony, to Trey się wyraźnie zagubił ostatnimi czasy we własnym niekończącym się kontinuum, bo ostatnia propozycja MORBID ANGEL, to raczej nic nader zaskakującego - choć dla całokształtu dokonań tej hordy, mam ogromny szacunek - to może i dobrze, że ktoś ciągnie temat, interpretując go trochę po swojemu. Muza CORTEGE to generalnie, garściami zamiatane inspiracje ze stołu klasyki gatunku. Bardzo dobrze opanowane instrumentarium, pozwala idealnie wdrożyć zamiary w czyn, i tu na pewno ekipa z Godowa nie robi obciachu. Średnio-szybkie granie, gdzie diaboliczny klimat z pewnością nie jest przypadkiem, a bardziej odpowiednim medium, wężowatej natury dźwięków wyprodukowanych z przeznaczeniem na "V-666". Jest w tym materiale pewna enigma, owiana gorącym, piekielnym wiatrem. Ciężkie, death metalowe riffy z wijącymi się solóweczkami, zapodane w miażdżącej oprawie. Nie ma niekończących się blastów, ciekawa gra wokali - growl, coś od czarnej polewki, czyste deklamacje - trochę eksperymentu i orientalnego pieprzu. Chciałoby się trochę lepszego brzmienia dla całości, choć i tak mieści się ono w ramach "przyzwoitości" he he. "V-666" jest najbardziej dopracowanym stuff'em CORTEGE, i mimo iż z oryginalnością są jeszcze na bakier, to i tak nie ma na tej płytce kolosalnej wtórności, a nawet coś od siebie znalazło tu upust. Jak dla mnie dobry krążek, z godnym polecenia materiałem. Jakby kto pytał, to za 15-naście złociszy jest Wasza pod poniższym adresem.
|
radoslawna@vertical.com.pl -
www.cortege.metal.pl
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
STILLBIRTH
"Trauma"
Risestar Prom
Mała porcja death metalowego mięcha ze słonecznej Italii. Mała, bo to tylko promo z czterema utworami, zamkniętymi w 18-nastu minutach z hakiem. Fakt faktem, że i znacznie krótsze materiały gościły w moim odtwarzaczu, tyle że tym razem te 18-naście minut, to tak trochę ni w dupie ni w głowie. Czyli coś tam sobie w eter leci, ale nie wiele się dzieje. Jak dla mnie, ten stuff pozostawia trochę do życzenia, i całkiem możliwe, iż większa partia muzyczki z logiem STILLBIRTH, dała by pełniejsze świadectwo ich siły. W zasadzie wszystko tu cyka jak w zegarku, każdy instrument zgrywa się z całością, i nienajgorzej pokombinowali sobie Włosi w tych swoich "piosenkach", tyle że jakoś to takie bladziutkie, i nie przykuwające ucha do treści. Mimo, że starają się jakoś urozmaicić ten swój śmierć metal, łącząc go choćby z elementami thrash'u czy czarnej polewki, wykorzystując przy tym swoje niemałe umiejętności techniczne, to i tak jak dla mnie, trochę to za mało. Już nawet kiedy próbuję nie szukać podobieństw do starszych kolegów po fachu - a jest ich co najmniej kilka - nie patrząc na oryginalność, o którą przecież i tak dzisiaj ciężko, to i tak jakoś topornie się słucha zawartości "Trauma". Przyzwoite brzmienie i dobra produkcja, to również jeszcze nie powód do piania z zachwytu. Ja na razie spasuję, w oczekiwaniu na pełniejszą odsłonę! Oby! Niby w tych pięćdziesięciu procentach mieszczą się spokojnie, ale...jeszcze nie teraz.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
SMASHED FACE
"Human: Earth Parasite"
Nice To Eat You Rec/Radiation Noise Prods
Czechy, to taka specyficzna fabryka metali ciężkich, z ogromnym potencjałem, i z szacunkiem, którym obdarza ją każdy szanujący się maniak ciężkiego grania. Bo chyba nie sposób nie schylić czoła przed tym co się wyrabia na tamtejszej scenie, a "produkty" z tejże fabryczki, przecież niejednokrotnie są stuff'em z samej, najgórniejszej półeczki. A nawet nie śmiem dopuścić myśli błędnej, że zasoby złóż wszelakich brutalności i muzycznej agresji, są już na wyczerpaniu. Tylko patrzeć, ja za chwil kilka znów coś w tamtejszych rejonach eksploduje, niosąc ze sobą zniszczenie, miło przy tym łechtając nasze głodne dobrych dźwięków uszy. Żeby uniknąć w tym momencie monotematyczności, warto pominąć choćby debiutujący swoim dużym "cedeczkiem" SMASHED FACE. Co prawda, "Human: Earth Parasite" to ich pierwszy długograj, ale nie wyskoczyli oni zaledwie wczoraj sroce spod ogona. Jakoś im tak mało produktywnie zleciały te latka od chwili poczęcia - pierwszy odlew datowany jest na 1997 rok - ale jak to mówi pani sąsiadka: "co nagle, to i rogaty nie ma z tego pożytku he he". Nie kłamiąc, zdarzyło się kapelce nieślubne dziecię w postaci jednego demosa, lecz poza tą pozycją, można powiedzieć, iż cierpieli na chroniczną bezpłodność. Ale co tam. Jest pełny wytrysk, i chyba można się z tego cieszyć - znaczy się z "Human: Earth Parasite" he he. SMASHED FACE - tu nazwa może być myląca - nie gra żadnego gore'owego mięsa, zawartość opisywanego krążka, to death metal, z zapędami w brutalniejsze rejony tej zacnej muzyczki, i to aż za ocean...choć tu z kolei, nie spodziewałbym się na Waszym miejscu rzezi jaką raczą na zespoły pokroju GORGASM czy DEEDS OF FLESH. Dla mnie, kręci się to jakoś bardziej koło sceny N.Y. Na "Human: Earth Parasite" ważna jest również atmosfera, podsycająca treść tej płytki. Utwory poprzedzają czasami całkiem pojechane introsy, które jednocześnie zespalają cały krążek w bryłę, jeden temat. W zasadzie nie ma jakiś dłuższych przerw między utworami. Wszystko płynnie sunie do przodu, chwilami całkiem boleśnie punktując w twarz. Nie jest to z pewnością materiał, który od pierwszych sekund robi nuklearnego grzyba, a potem to już kataklizm, ale SMASHED FACE jak dla mnie, znajduje się w bezpiecznej odległości od miernoty. Dobry growl - co prawda przypomina mi kobiece gardło - w sadystycznej kooperacji z świnio-kwikami. Dobra praca na tempach, bez ciągnących się blastów, całkiem cięte riffy, nienajgorsze brzmienie, i generalnie przemyślany stuff... Żeby nie było, że wszyscy mają a oni nie, to jest na "Human: Earth Parasite" trochę bonusów w postaci wspomnianego gdzieś na początku demo z 2002 roku "Invaze" - w "empetrójkach" tfu hie hie - koncertowe video, i jakieś 400 fotosów - nie liczyłem, ale sporo tego. Trochę tych punktów na dziesięć możliwych z mojej strony by im naleciało, przekraczając z pewnością połowę wymienionej liczby. No cóż?! Enjoy!
|
schozofred@quick.cz -
www.smashedface.wz.cz
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
ABSURDITY
"Decline Of Human Condition"
demo '04
Po wysłuchaniu tej demóweczki, na dzień dzisiejszy, mogę z czystym sumieniem polecić ten band, poszukiwaczom nowych doznań w obrębie ciężkiego, i przede wszystkim dobrego grania. Bardzo energetyczna "łupanina", będąca miksem śmierć metalu i thrash'u, ze spoiwem, sporządzonym z hardcore'owych wpływów. "Decline Of Human Condition" to króciutki materiał, który w zasadzie łyka się w przeciągu jednego szluga, jednak na tyle treściwy, by spokojnie położyć przed sobą całą ramkę fajek, i z pomocą cudu techniki, jakim z pewnością jest magiczny przycisk "repeat", odsiedzieć swoje przed pożeraczem -ewentualnie poimitować grę na gitarce - usprawniając dźwięki sączące się z tego demo, wdzierające się w głąb uszu. Ten stuff, ma w sobie sporo z klasyki, wspartej eksperymentami, udziwnieniami. Nie wiem jak Wy, ale przynajmniej ja, raczej nie spotkałem się z band'em, który wykorzystywałby w swojej muzie takie cudeńko jak Djembe. Co to takiego?! Ano taki afrykański instrument perkusyjny, z unikalnym przynajmniej dla mnie brzmieniem, a dzięki któremu ABSURDITY stworzyło na "Decline Of Human Condition" specyficzny, etniczny, właściwy tylko dla własnego "szczepu" klimat. Co jak co, ale brzmi to autentycznie cholernie ciekawie. Patrząc jednak na muzę w ogólniku, to aż się prosi, by uwolnić ten hałas na scenie, gdzie z pewnością, znalazła by wspólny język z szalejącym tłumem, właśnie pod scenicznymi dechami. Jedyny poważny mankament jaki ma ten stuff, to cieniutkie brzmienie, które trochę jak pasożyt, wysysa siłę z "Decline Of Human Condition". W każdym bądź razie, można sobie sporo obiecywać po ABSURDITY w przyszłości, i pozostaje mieć nadzieję, że pociągną temat z tego demo w przyszłości. Jest solidnie, trochę oryginalnie, i interesująco.
|
contact@absurdity-music.com -
www.absurdity-music.com
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
MALEDICTIVE PIGS
"Soul Surgery"
Cudgel Agency
Niemieccy "defowcy" są ponownie wśród żywych, częstując maniaków swoim brutalnym death metalem. Tylko zastanawiam się, na ile będzie to udany powrót, i w ilu fanatycznych wyznawcach śmierć metalu, "Soul Surgery" zaskarbi sobie łaski?! W dobie kostuszego metalu wyczynowego, cholernie połamanego, nierzadko karkołomnego, i zakręconego, obecna propozycja MALEDICTIVE PIGS może być zbyt archaiczna, zbyt przewidywalna, i nader tradycyjna, a co za tym idzie, nie znajdzie należytego uznania, i nie wzbudzi większego zainteresowania wśród metalowej braci. I pewnie tak się stanie, choć ja zachęcam, przynajmniej do jednorazowej konsumpcji - no nie wiem, poszperać, poszukać przynajmniej małej próbki obecnej kondycji "niemiaszków" - by samemu stwierdzić, czy jest to metalowy zakalec, czy akurat płytka wysmażona według starego przepisu babuni, jest delicją na Wasze podniebienie. Fakt, "Soul Surgery" nie tryska fajerwerkami i raczej nie wyróżnia się zbyt mocno od setek innych, podobnych krążków, ale przynajmniej nie czuje się bólu przepuchlizny, której można nabawić się, dążąc do czegoś na siłę. MALEDICTIVE PIGS to grzańsko z dużym naciskiem na brutalność, ciężar, ale jest tu również miejsce dla specyficznej przestrzeni, nie zapchanej w ogóle "niby czymś tam". Bez względu na to, jak nie poważnie to zabrzmi, "Soul Surgery" jest autentycznym, stworzonym według najlepszych wzorców albumem Death Metalowym, w nieco brutalniejszej formie. Trochę wali tu starym Szwedem, i prochem, który we wczesnych latach 90-tych, był szalenie niebezpieczny. 10 ścieżek, plus przeróbka ULCEROUS PHLEGM i video ze studia. Pełna rekomendacja dla każdego starego wygi, a i młodziki niech tam sobie mają swoich klawiszowych idoli. "Soul Surgery" grzmi i ryczy, a ja takie rzeczy naprawdę lubię!!!
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
HUMAN MINCER
"Devoured Flesh"
Xtreem Music
Po mocnym debiucie tej grupy, człowiek spodziewał się pójścia za ciosem, i stworzenia przez Hiszpanów kataklizmu absolutnego, czegoś, po czym naprawdę ciężko będzie się podnieść. Co prawda, nie mogę odmówić "Devoured Flesh" mocy, a i kopie ta płytka, jak nie jeden, domowej roboty obrzyn. Ja jednak mam taki delikatny niedosyt po wysłuchaniu tego krążka, co w sumie i tak jest po części efektem pożądanym, bo zmusi mnie to do większych obserwacji tego obiektu "badań", z wskazaniem na trzecie uderzenie, które mam nadzieję, postawi tłustą kropę na pieprzonym "i". Jakby kto jeszcze nie wiedział, to HUMAN MINCER jest niszczycielską mieszanką technicznego, łamanego grania z miażdżącymi, ciężkimi jak cholera, brutalnymi patentami wzorowanymi na osiągi amerykańskich muzycznych "chuliganów". Hiszpanie są dowodem na to, iż nie trzeba jakoś specjalnie rogatemu pod ogon zaglądać, by zrobić porządne, dźwiękowe piekło. Raz skręcą niebezpiecznie, niemal obrywając łab przy samym zadzie, by za chwilę przejechać się bardziej walcowatym, mięsistym łomotem po bezradnym słuchaczu. "Devoured Flesh" chwilami jest jakby hmm...chropowata i szorstka, sprawia mniej przystępną w full kontakcie z odbiorcą, co ja odbieram sobie jako dodatkowy plus tej płytki. HUMAN MINCER bez wątpienia, jest jaśniejszym punktem hiszpańskiej, brutalnej sceny w ostatnim czasie, i jak na razie nic nie zapowiada wygaszania pieców w stajni Dave'a, a powiem więcej - temu zespołowi, przydałoby się rozpalić w dodatkowym, i kuć żelazo póki gorące. Mnie "Devoured Flesh" miło łechta, a w zasadzie całkiem przyjemnie pieści he he.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|

DAVID VALDES "Paradise Lost"
Heavencross Records
2002
Od czasu do czasu lubię posłuchać sobie
gitarowych wirtuozów, a w szczególności tych bardziej metalowych. STEVE VAI, JOE
SATRIANI, MARTY FRIEDMAN…DAVID VALDES jest też bardzo utalentowanym gitarzystą. Jego
solowy album zawiera aż 11 utworów, podczas których Hiszpan pokazuje na co go stać!
Każdy utwór jest wypełniony mnóstwem solowych gitarowych partii aż do granic możliwości.
Gitarowe aranżacje wręcz wypływają spod palców Davida niczym asy z rękawa, nie dając
mu prawie chwili wytchnienia. Różnorodność tematów muzycznych (od szybkich i ostrzejszych
partii po wolniejsze, melancholijne motywy) jaka pojawia się na materiale tworzy
emocjonalny wachlarz (od delikatnej kontrolowanej agresji po nostalgię). Nie ma tam
miejsca na wokalne frazy, ale mimo to David nie pozwoli znudzić się słuchaniem jego
kompozycji, gdyż każdy utwór charakteryzuje się sporą różnorodnością muzycznych tematów,
a całość oczywiście wypełniona jest mistrzowską grą na gitarze, która jest wspierana
przez zaprogramowaną sekcję rytmiczną i klawisze, i muszę przyznać, że tło do gitarowych
popisów pasuje idealnie, brzmi bardzo "żywo" oraz świetnie podkreśla pewne motywy
gitarowe jak i wzmacnia dany nastrój. Całość zawiera ogromną dawkę emocji, melodii
i wpływów muzyki klasycznej osadzonych w heavy metalowym klimacie a raczej w tzw.
neo-classical heavy metalowym klimacie.
|
davidvaldex@hotmail.com -
www.davidvaldes.net
| |
Gnom
|
**********************************************
|
|
BLOODY SIGN
"Vana Vigala Loits"
Promo '03
Black death metal - tak sami firmują swój zespół, autorzy materiału na "Vana Vigala Loits". Albo jest tu gdzieś mała pomyłka, albo grajkowie z BLOODY SIGN zawczasu zabezpieczyli sobie tyły na wypadek, gdyby w przyszłości trzeba było bardziej zamieszać w metalowej kuźni. "Vana Vigala Loits" to jak najbardziej death metalowe rzemiosło, ze szczyptą archaizmu muzycznego, bo wyraźnie zapatrzone w dźwięki, płodzone w przeszłości, można powiedzieć klasycznie kute żelazo. Poza kilkoma bardziej skrzekliwymi wokalizami, i momentami trochę rzężącymi wiosłami, nie ma tu w zasadzie nic, co przypominałoby o wspólnym mianowniku z czarną polewką. No może nadrabiają chłopaki czarcim klimatem. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, i czy im się to podoba, czy przyprawia o zgrzyt zębów, zawartość "Vana Vigala Loits" to kostuszy łomot. Przebrnięcie przez cały materiał z tej promóweczki, nie tyle sprawiło mi problem dotrwania do ostatnich riffów wieńczących koncertowy "Master Of Nothing", a wręcz przeciwnie, chwilami całkiem miło połechtało ucho. O ile muza BLOODY SIGN niczym nowy szczególnie nie zaskakuje, nie iskrzy jak zapalnik w detonatorze, o tyle jakoś szczególnie nie męczy, a czasem delikatne frapuje. "Kowerek" PESTILENCE - łapią plusa - "Parricide", interesujące intro wmontowane w środek płytki... Trochę chłopaki za bardzo się pompują, i nie potrafią do końca utrzymać swojej mocy. Żaden wielki specjał, ani makabryczna chujówka. Można jeszcze z tego bandu w przyszłości, coś więcej wyciągnąć.
|
uibokalevi@hotmail.com -
www.bloodysign.fr.st
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
VISCERAL DAMAGE
"Garden Of Mutilation"
Xtreem Music
Całkiem przyjemnie zasuwają Hiszpanie na swoim dużym debiucie. Nie tryskają może jakąś szczególną oryginalnością, bo w mniejszym czy większym stopniu, patenty z "Garden Of Mutilation" gdzieś się już słyszało, ale ja szczerze kładę na to lachę. VISCERAL DAMAGE potrafi poturbować, spuszczając trochę cieczy z nosa, a wtedy przepraszam, ale nie chce mi się nawet zbytnio wnikać, kto ich uczył tak lać. Jeżeli mieliście styczność z poprzedzającym ten stuff demo "The Feast Of Flesh", to spodziewajcie się kontynuacji tamtego mordu, tyle że tym razem jest mocniej, i jeszcze bardziej do przodu. Generalnie, "Garden Of Mutilation" to jeden wielki połamaniec, zwichnięta myśl w głowie szaleńca - i tu należy się wyraźny ukłon w stronę IMMOLATION - z inklinacjami w stronę czarciego klimatu, dławiącej esencji mroku i ciężaru - INCANTATION jak w mordę strzelił - i całą zgnilizną, jaką od zarania serwują nam rzeźnicy zza wielkiej wody. VISCERAL DAMAGE bez problemu wnika pod skórę, drążąc boleśnie w mięsie, nadgryzając kości, z uporem dociera do trzewi, wykręcając je w każdą z możliwych stron. Na "Garden Of Mutilation" nie ma miejsca na klinicznie czyste brzmienie, i znakomitą słyszalność choćby najmniejszego jęknięcia gitar. Ten band to pieprzona intensywność, która na chwilę nie zgina karku. Zakręcone riffy, wbijające się głęboko w uszy solóweczki, gardłowe wokalizy, blastująca perka, i bas robiący piekło na całej linii. VISCERAL DAMAGE to "fucking intense brutal death metal" i mi to kurwa wystarczy - przynajmniej na razie he he.
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
PROSTITUTE DISFIGUREMENT
"Embalmed Madness"
Unmatched Brutality Rec
Fajna sprawa z tą reedycją debiutu Holendrów, bo ludziska głodne są dobrej jakości mięska, a przecież ścisły limit 500 sztuk tej płytki, wydanej pierwotnie przez Dismemberment Records, to już dawno historia wyprzedana do zera. Unmatched Brutality robi Wam dobrze, rzucając ponownie na pożarcie krwisty ochłap, z wszystkimi atestami weterynaryjnymi - ale i tak się pomylili, bo "Embalmed Madness" to chory i wściekły wymiot he he - przyozdobiony w nową szatę graficzną, i z bonusem w postaci demóweczki z 2001 roku o znamienitym tytule "Disfigure". Ci co już nabyli ten krążek kilka lat wstecz, z pierwszego tłoczenia, mają pewnie teraz delikatny ból w dupie, bo demko by się chciało posiadać - a warta to grzechu muzyczka hie hie - a trzeba by znowu wysupłać tantiemy na pozycję z tym samym szyldem. Kolekcjonerom pewnie nie sprawi to większego problemu, a reszcie... Kto będzie chciał, to będzie miał bez zbędnego jęczenia, a radocha z posiadania tego materiału murowana, i to w podwójnej porcji . Zresztą, zapytajcie swoich kolegów, co to lubią poszperać tu i ówdzie, że z PROSTITUTE DISFIGUREMENT nie ma przebacz, i zaserwują Wam brutalny death metal z grind'owym wykurwem pierwszej próby. Mimo iż minęły cztery bite latka odkąd "Embalmed Madness" po raz pierwszy ujrzał światło gorącego słońca, to uważam pomysł amerykańskiego labela za naprawdę doskonały. Holendrzy to morderczy team, a to co spłodzili na tej płytce, to ciągle zabójczy stuff. Dłuższa rekomendacja, jest po prostu zbędna!!!
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
|
PROSTITUTE DISFIGUREMENT
"Left In Grisly Fashion"
Neurotic Rec
To holenderskie komando, ma naprawdę dobrze, a ja mam kolec w zadzie, i usiedzieć na miejscu przez to nie mogę, bo ciągle nie nadrobiłem zaległości w temacie poprzedniego krążka "Deeds Of Derangement". Wstyd się przyznać, oj wstyd okrutny. Zadaną mam pokutę, i odpuszczenia grzechów pewnie nie mam co wyglądać, zanim nie poznam zawartości tamtego cudeńka. Ale nic to, na razie pozostaje mi rozkoszować się wyśmienitym cholerstwem, brutal death metalowym cudeńkiem, co to przed chwilą w zasadzie, wypluło ku ludowi Neurotic Records. Gdyby rozebrać każdy element, z którego zbudowany jest ten krążek na części pierwsze, to i tak każdy z nich z osobna, robiłby nie małe wrażenie. No chyba, że ktoś nie trawi wokali wydartych z gardła wkurzonego knura he he. Zresztą, wiodą one prym na tym krążku, jednak instrument gardłowy, to całkiem rozbudowany motyw, może lepiej zabrzmi, zróżnicowany motyw na "Left In Grisly Fashion", bo kolektywnie ryja do spółki z Niels'em, zdzierają tu panowie z niemniej, kulturalnie chłoszczących po dupie załóg jak PYAEMIA, DISAVOWED czy ARSEBREED. Także, dla każdego coś miłego he he. A co odnośnie samej muzy?! Ma ona w sobie coś z klasyki, czasem przyjemnie wpadnie w ucho, innym razem boleśnie poturbuje, by za chwilę sprowadzić człowieka do parteru. I raczej wcale się nie pomylę w stwierdzeniu, iż jest zaskakująca. Mocna technicznie, z solóweczkami, w których nie koniecznie trzeba było ostro nakręcić, aby człowiekowi zrobić dobrze, blaściki...hamowanie bez "abeesów" i czołowe zderzenie z betonową ścianą. A że Excess Studio, to i brzmi solidnie. Mów ta co chce ta, ale ja Wam to polecam! Nie warto się opierać he he!!!!
|
-
| |
Skowron
| |
**********************************************
|
MORS IN RABULA "Promo 2004"
CD 2004
Grecy z MORS IN TABULA zmiażdżyli mnie
swoim materiałem!!! Tak potężnych industrialnych dźwięków wplecionych w metalową
oprawę dawno nie słyszałem. Pierwsze skojarzenia padły na GODFLESH, czy AGRESSIVA 69
, ale zapewne dlatego, iż oni również wchodzą w świat industrialnych dźwięków. Chociaż
MORS IN TABULA wydała mi się bardziej ekstremalna, a ich dźwięki bardziej nawiedzone.
"Promo CD 2004" to tylko 4 utwory, aczkolwiek bardzo potężne i mroczne… Dynamiczne
ciężkie gitarowe riffy i miażdżące rytmy perkusyjne oraz zimne rytmiczne sample w
połączeniu z monstrualnym growlingiem oraz mroczno-rave'owymi klawiszami tworzą ciężki
i dość agresywny, transowo-mechaniczny industrialny klimat, często podążający w stronę
jakby rytualnych motywów, czy "mechanicznego" death metalu. Tajemniczość tego pełnego
grozy klimatu dodatkowo podkreślają melodeklamacje, złowieszcze szepty oraz krwawe
dialogi. Rytmika utworów jest dość zróżnicowana - od wolnych transowych uderzeń po
szybkie tematy. W muzyce MORS IN TABULA nie ma miejsca na litość… Strach, ciemność
i agresja zalewają przestrzeń, w którą agresywnie wdzierają się industrialno-metalowe
dźwięki… To dźwięki dla ludzi twardych i silnych psychicznie… Chcecie się przekonać
dlaczego? Puśćcie ten materiał na full!!!
| |
info@morsintabula.com -
www.morsintabula.com
| |
Gnom
|
**********************************************
|
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |